Miłość, nienawiść, republika

Tak powstała koncepcja republiki, wspólnoty wolnych obywateli, którzy podlegają temu samemu prawu. Stowarzyszają się oni, schodzą i jednoczą po to, by dążyć do dobra. To wcale nie jest język taniej homiletyki. To klasyczny sposób mówienia o państwie. Taki, jaki odziedziczyliśmy lub powinniśmy odziedziczyć po Arystotelesie i Cyceronie. To wszystko wygląda jak pewien projekt społeczeństwa obywatelskiego. Jego siłą są nie tyle więzy prawne, co etyczne. Państwo jest bowiem wspólnotą etyczną. Łączy ludzi, którzy dążą do dobra – jakkolwiek by je pojmowali – i zdają sobie sprawę z własnej niewystarczalności. Ta niewystarczalność ma charakter nie tylko ekonomiczny i nie odnosi się tylko do podziału pracy i funkcji. Przede wszystkim jesteśmy niewystarczalni etycznie. To we wspólnocie, razem z innymi ludźmi, mogą kształtować się nasze cnoty. Cnoty budują wspólnotę. Wspólnota kształtuje cnoty. To jest koło, ale koło sensowne. Nie trzeba być w takiej wspólnocie ujednoliconym i skrojonym na jedną miarę. Wystarczy pewne minimum – wzajemna życzliwość. Głębsza jedność jest nawet niezdrowa. Żywiołem republiki są bowiem różnice, różne punkty wiedzenia i różne statusy osób.Co nas dzisiaj łączy? Aby jednak to wszystko działało, konieczne jest odwołanie się do pojęć, które są niedzisiejsze i jakoś nie chcą przechodzić przez usta współczesnych teoretyków. Chociażby dobro wspólne. Jak jednak mówić dzisiaj o czymś, co jest wspólne, skoro każda perspektywa jest indywidualna,
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze