Komeda inspiruje kolejne pokolenia


Ptaszyn i Komeda sekstet 1956 r

„Muzyka Krzysztofa Komedy była na tyle sugestywna, że ciągle pozostaje inspirująca dla kolejnych pokoleń muzyków i słuchaczy. To był indywidualista i swoje kompozycje tworzył w sposób niezwykle sugestywny”– z muzykiem, kompozytorem i popularyzatorem jazzu Janem Ptaszynem Wróblewskim rozmawia Maciej Pawlak.

Jak doszło do Pańskiego spotkania z Krzysztofem Komedą, a następnie do wspólnego grania z nim?

Po raz pierwszy spotkaliśmy się z Krzysztofem chyba gdzieś około 1953–1954 r., kiedy jeszcze mieszkałem w Kaliszu. Pewnego razu wybrałem się na muzyczną eskapadę do Poznania, sprawdzić, gdzie można posłuchać muzyki na żywo. Na Komedę, którego jeszcze nie znałem, natknąłem się przypadkowo w pewnej kawiarni, gdzie stało pianino do dyspozycji gości. Do kolejnego spotkania doszło nieco później, gdy zacząłem studia w Poznaniu (na Politechnice). Poznaliśmy się wtedy bliżej. Kiedy montował swój pierwszy stały zespół, zaproponował mi w nim udział. I tak to się wtedy zaczęło.

Jaki był na co dzień jako muzyk i lider zespołu?

Jako muzyk był niesamowitą „piłą”. Każde nagranie czy przygotowanie nowego numeru musiało być perfekcyjnie zrobione, wycyzelowane od góry do dołu. Wymagał wiele od swych muzyków, aczkolwiek nie jakimiś morderczymi metodami. Pozostawaliśmy przecież w normalnych ludzkich relacjach. Tylko że wymagania do nas były stosunkowo duże, bo na początku przecież wiele nie umieliśmy.

Jak Pan wspomina Komedę jako człowieka?

Jako człowiek był kompletnym zaprzeczeniem tego, co się widzi na wielu „pomnikowych” zdjęciach. Był raczej łagodnego usposobienia, natomiast z piekielnym wprost poczuciem humoru. Bywało, że miał okresy zupełnego szaleństwa, pełnego śmiechu i robienia różnych numerów. Na przykład kiedyś podczas corocznych krakowskich Zaduszek Jazzowych zjawiło się całe krajowe środowisko...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: