Mistrz sześciu strun „sam o sobie”

Zapewne nieprzypadkowo, bo niemal w 45. rocznicę śmierci, w księgarniach pojawiła się autobiografia Jimiego Hendrixa. „Ze zwykłego zapisu zdarzeń staje się od pewnego momentu dziennikiem podróży wewnętrznej. Ta właśnie podróż jest jej zasadniczą treścią” – napisał we wstępie do książki autor jej opracowania Peter Neal. A kim jest bohater? Jimi Hendrix to bez wątpienia najważniejsza postać epoki „dzieci kwiatów”, autor niezliczonej ilości hitów, w tym „Purple Haze”, „Foxy Lady”, „Ezy Rider”, „Voodoo Child”, „Little Wing”, „Crosstown Traffic”, „Fire”, „Hey Joe” czy „If 6 Was 9”. To jedna z ikon Ameryki, obecna dotąd w kulturze masowej całego świata. W końcówce lat 60. ujawniło się wiele muzycznych talentów, zwłaszcza pochodzących z USA i Wielkiej Brytanii. To jednak wpływy Hednrixa są najbardziej spośród nich słyszalne do dziś. I to w muzyce nie tylko rockowej, z którą jest najbardziej utożsamiany; jego kompozycje grają wciąż równie chętnie jazzmani, bluesmani, a nawet muzycy klasyczni (znany w Polsce skrzypek Nigel Kennedy). Mimo niespełna czterech lat samodzielnej kariery, w których objawił się jako bodaj największy rewolucjonista muzyki pop i twórca podwalin współczesnego rocka, dokonał dlań w tym czasie tyle, co wiele innych gwiazd w ciągu kilku dekad. Choć współczesnych szokował barwnymi strojami, słynną fryzurą „afro” czy showmańskimi umiejętnościami gry na gitarze językiem, za plecami, podpalaniem instrumentu na zakończenie koncertów czy korzystaniem z 
     
38%
pozostało do przeczytania: 62%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze