Przekaż 1,5% na media Strefy Wolnego Słowa. Dziękujemy! Przekaż TERAZ » x

Pokaz dla cierpliwych

Dodano: 04/01/2024 - Numer 209 (01/2024)
fot.Tony Armstrong
fot.Tony Armstrong

Noc polarna. Krótki dzień przyćmiony charakterystyczną dla tutejszej szerokości geograficznej mgielną szarówką. Wygląda to troszkę jak nasze rodzime pierwsze brzaski bardzo wczesnego świtu. Wszystko to sprawia to, że oszukane nieco zmysły cały czas nie potrafią wejść na optymalny, zwyczajny dla siebie poziom reakcji. Uśpione, nie do końca wybudzone, działające na spowolnionych obrotach. Jakbyśmy poruszali się w jakimś śnie. Tyle że na jawie.

fot. Stefan Czerniecki

Snop samochodowych świateł zręcznie penetruje białą powałę śniegu. Jest już grubo po dwudziestej trzeciej. Chociaż tutaj, na dalekiej północy Finlandii, to i tak bez znaczenia. O tej porze roku jasno w ciągu dnia jest tu ledwie przez trzy godziny. Słońce zaszło za horyzont jeszcze przed trzynastą. Jednak dla kierowców tych dwóch jadących powoli aut to wcale nie ciemność jest w tej chwili największym przeciwnikiem. Dużo groźniejszym rywalem jest drugi przeciwnik, który zaczyna z coraz większym rozmachem rozdawać karty. To zmęczenie. Mężczyźni prowadzą auta aż z dalekiego Sztokholmu. To tysiąc kilometrów drogi. Nie mogli się zmieniać za kierownicą, gdyż nie zezwalał na to regulamin wypożyczalni samochodów, z których wzięli auta. A mija właśnie piętnasta godzina jazdy.

Jazdy w ciemności. W monotonii. W totalnej subarktycznej pustce.

Wszyscy do skakania!

– Panowie, na dziś chyba wystarczy… – Wojtek, organizator wyjazdu, przerywa ciszę, która od godziny bezwzględnie panuje w jednym z samochodów. Wszyscy siedzący z tyłu pasażerowie śpią. Jedynie towarzyszący kierowcy na miejscu pasażera Wojtek raz po raz śledzi mapę. I telefon komórkowy z włączoną tajemniczą aplikacją. Mężczyzna co około kwadrans coś na niej sprawdza. – Dzisiaj to chyba nici z tej zorzy polarnej. Indeks KP bliski zeru. I nic nie wskazuje, aby cokolwiek miało się zmienić w najbliższym czasie. Zaparkujmy i rozbijmy obóz.
Grube opony ciężko posuwających się do przodu aut z charakterystycznym skrzypem pokonują kolejne zaspy śniegu. Trasa już dawno przestała wieść po asfaltowej drodze. Teraz wszystko przykryte jest białym puchem. Tym bardziej tutaj, w gęstym lesie, do którego polecił skręcić Wojtek. – Rozglądajcie się uważnie. Musimy znaleźć jakąś polanę. Cokolwiek… – instruuje pozostałych.
Po kilkunastu minutach świdrowania samochodowymi reflektorami mrocznej przestrzeni udaje się wreszcie znaleźć miejsce. Oto niewielka polana pośrodku lasu. Otoczona przez obciążone grubymi zwałami śniegu świerki. Rzecz jasna także sama polana pokryta jest szczelnie białym puchem. Warstwa śniegu sięga niemal metra.

fot. Devin Stein

Niejednokrotnie aby skutecznie zapolować na zorzę, potrzeba wpierw porzucić wygodną dla nas strefę komfortu.

– Jak my rozbijemy tu namioty? – pyta Wojtka jedna z dziewczyn, która nieco bezradnie zaczyna stąpać po leśnym zaułku. Zapadając się raz po raz w kolejnej śnieżnej zaspie.
– Jest na to sposób. Mamy to już opracowane. – Na twarzy Wojtka nie widać żadnego napięcia. To nie jest jego pierwsze polowanie na zorzę. Po chwili zwraca się głośno do szwendającej się w nocnym półmroku dziesięcioosobowej grupy osób. – Ej, chodźcie tu wszyscy! Trzeba nam wydeptać na tej polance miejsce na nocleg!
Po chwili pośrodku ciemnego lasu dalekiej północy daje się zaobserwować niecodzienny widok. Mężczyźni i kobiety skaczą, tupią, udeptują śnieg. Ludzi jest na tyle dużo, że robota nie trwa długo. Po kwadransie polana jest gotowa. Pora rozbić namioty. Mężczyźni sprawnymi zręcznymi ruchami wyjmują z bagażników potrzebne worki ze sprzętem. Każdy wie, co ma robić. Nie ma co marnować czasu. Po pierwsze wszyscy są już bardzo zmęczeni i śpiący. A po drugie: robi się naprawdę zimno.
Słupki rtęci nie kłamią. W tej chwili temperatura powietrza wynosi minus trzydzieści stopni. Dla większości członków eskapady to pierwszy raz, kiedy stykają się z taką temperaturą.
– I po co nam to było? Ani snu, ani ciepła, ani zorzy… – podsumowuje ponuro ktoś z rozkładających namioty.
– Cierpliwości. – Wojtek najwyraźniej nie zdążył jeszcze zrazić się narastającym w grupie napięciem. – Polowanie na zorzę to długi proces. Ale jeszcze będzie pięknie, zobaczycie…
Dobry pretekst
Wojtek ma 38 lat. Polowania na zorzę polarną organizuje od 2010 roku. Do dziś zdążył zrobić ich już przynajmniej kilkadziesiąt. To jednak dopiero ten zaczynający się właśnie rok ma być pod tym względem wyjątkowy.
– Aktywność słoneczna ma swoje cykle. Trwają zwykle po jedenaście lat – tłumaczy charakterystycznym dla siebie niskim głosem. – I tak się składa, że właśnie teraz, do października 2024 roku przewidywane jest maksimum tej aktywności. Co zresztą wyraźnie widać we wszystkich aplikacjach i prognozach zorzowych. Już teraz coraz częściej zdarzają się burze magnetyczne. Nawet nad Polską. To najlepszy czas na polowanie na zorzę.
Wojtek lubi ekstremum. Nie jeździ z biurami podróży. Nie uśmiechają mu się wakacje w hotelu z pełnym wyżywieniem i obsługą. Zamiast tego woli spakować się ze znajomymi w duże torby – tak oszczędza na opłatach za bagaże w tanich liniach lotniczych – i polecieć gdzieś, gdzie przy normalnym standardzie podróżowania prawdopodobnie wydałby kilka razy więcej pieniędzy. A tak skrzykuje się z grupą, by wynająć samochód. Pakują konserwy, płatki i mającą długą przydatność do spożycia żywność i lecą tam, gdzie o tej porze nie spotkają raczej nikogo.
– Na tym polega cała wyjątkowość takich wyjazdów. Takich polowań – tłumaczy. – Spanie w namiocie gdzieś na leśnej zaśnieżonej polanie, gdy do najbliższych osiedli jest kilka godzin jazdy… Gdy całe rozgwieżdżone niebo masz tylko dla siebie. Gdy w promieniu kilkudziesięciu nieraz kilometrów nie ma żywej duszy… Czy może być coś wspanialszego w podróży? Zorza jest tu tak naprawdę jedynie pretekstem.

Gdy wyobraźnia zderza się z rzeczywistością

Pretekstem niezwykle malowniczym i widowiskowym, dodajmy. Zorza polarna – zwana także Aurora borealis (na półkuli północnej) lub Aurora australis (na półkuli południowej) – powstaje wskutek burz elektromagnetycznych dziejących się na Słońcu. Rozpędzone cząsteczki elementarne wyrzucone z gwiazdy zderzają się z górną warstwą ziemskiej atmosfery. Wspomniane naładowane cząsteczki tworzą tzw. wiatr słoneczny. Uwolniona wskutek zderzenia wiatru z atmosferą energia wydziela charakterystyczny kolor. Jego barwa jest konsekwencją różnej intensywności linii emisyjnych i określonego gazu. Na czerwono i na zielono świeci tlen, na purpurę azot, a na niebiesko i fioletowo wodór i hel.
– I tu jest ciekawostka – tłumaczy Wojtek. – Okazuje się bowiem, że pole magnetyczne Ziemi jest delikatnie przesunięte względem wyznaczonych szerokości geograficznych. Stąd nie zawsze jest tak, że im dalej na północ, tym większa szansa na zobaczenie zorzy. Z mojego doświadczenia bardzo jasno wynika, że dużo lepsze warunki do podziwiania zorzy są na Islandii aniżeli na przykład w północnej Norwegii. Mimo że to przecież Norwegia sięga dużo dalej na północ.
Łowca zórz wskazuje jednocześnie na częstą reakcję ludzi, którzy po raz pierwszy widzą na organizowanej przez niego wyprawie niebiański spektakl.
– Ludzie naoglądają się wpierw zdjęć zorzy w internecie i potem są zdziwieni – uśmiecha się szeroko mój rozmówca. – Pamiętajmy bowiem, że to, co widać na zdjęciach, to efekt bardzo długiego czasu naświetlania. Trwającego często ponad jedną minutę. Tak powstałe zdjęcie musi siłą rzeczy odbiegać od tego, co my widzimy gołym okiem na żywo. Sama bowiem zorza to coś ruchomego. Można ją porównać do takiej delikatnej poświaty, która mieni się na niebie. Wygląda to oczywiście bardzo pięknie, ale nigdy tak, jak na tych sławnych zdjęciach.

fot. Stefan Czerniecki

Podczas nocy polarnej dzień trwa ledwo kilka godzin. A światło jest jakby zza mgłą.

Mityczne KP

– Biiiip!!! – Klakson słychać gdzieś z mojej lewej strony. To wystarcza. Momentalnie się przebudzam. Trąbiący samochód może mnie bezpiecznie minąć dopiero teraz. Przed chwilą prawdopodobnie zajechałem mu drogę. Wszystko przez zmęczenie. Zgodziłem się być kierowcą na organizowanym przez Wojtka wyjeździe i teraz nie wypada zdezerterować. Choć kolega lojalnie ostrzegał, że łatwo wcale nie będzie.
To już drugi dzień jazdy. Z przerwą na krótki nocleg w namiocie. Na śniegu gdzieś w środkowej Szwecji. Kilka godzin snu w śpiworze na zmarzniętej lodem i śniegiem glebie. Nie było jednak czasu na więcej. Odpoczniemy po powrocie. Nie teraz. Polowanie wymaga przecież poświęcenia. Polowanie wymaga ofiary. No i właśnie – polowanie wymaga czasu.
– Dziś współczynnik KP oscyluje około dwójki – słyszę w samochodowym walkie-talkie. To ktoś z drugiego samochodu, tego jadącego przed nami. Ktoś właśnie sprawdził w specjalnej aplikacji poziom prędkości wiatru słonecznego. To od niego zależy, jak wielka będzie zorza danej nocy. KP waha się od zera do dziewięciu. Gdy dochodzi do dwóch, zorza powinna być dobrze widoczna już w okolicach kół podbiegunowych. My właśnie je przekraczamy. Nadzieja rośnie.
Panująca na tych szerokościach noc polarna sprawia, że słońce wychyla się zza horyzontu jedynie na parę chwil. A to wcale nie ułatwia skupienia podczas jazdy. Szwedzi i Finowie nie zwykli odśnieżać dróg aż do poziomu czarnego asfaltu. Nie posypują też dróg solą. Jedziemy więc po piękne białym naturalnym dywanie. Z metrowymi zaspami po obu stronach. Trzeba być bardzo ostrożnym. Wypadek z innym autem raczej nam nie grozi (w ciągu ostatnich kilku godzin nie minęliśmy praktycznie żadnego). Ale dachowanie jak najbardziej.
Tym bardziej, że na znacznych odcinkach nie ma już żadnych innych źródeł światła oprócz naszych świateł mijania. Żadnych latarni, miasteczek, wsi. Jedynie las. Wciąż ten sam. Ciemny, groźny, samotny.

Kusząca cwaniara

– Uważaaaj! – z letargu wybudza mnie krzyk kolegi. Wciskam odruchowo hamulec. Koła samochodu zaczynają buksować. Włącza się ABS. Auto systematycznie podryguje czkawką. Dopiero teraz je widzę. Ciemne cienie. Sylwetki przechadzających się dumnie przed naszym zderzakiem kilkunastu reniferów. Przyglądają się nam z zaciekawieniem. Nie boją się ani trochę. A przecież naprawdę mało brakowało.
Wjeżdżamy na teren Finlandii. Parę chwil temu na niebie było widać zielonkawą smugę. To pojawiała się, to znikała. Zorza polarna. Zatrzymaliśmy się, aby zrobić zdjęcie. Niestety. Nie zdążyłem nawet dobrze rozstawić statyw, jak zorza prędko się rozpuściła.
Czas opuścić szosę. Skręcamy. Ścieżka w lesie jest jeszcze węższa. Ale o dziwo też odśnieżona. Ktoś tu najwidoczniej jeszcze jeździ. Smuga samochodowych świateł zręcznie świdruje otaczające leśną drogę zaspy. Jest coraz piękniej. I coraz bardziej ekscytująco.
Do naszej leśnej chaty już raczej nikt nie dojeżdża. Nie ma w niej prądu ani wody. Trzeba napalić w piecu, a następnie topić śnieg. Dopiero wówczas będzie można zjeść coś ciepłego na rozpalonej do czerwoności kozie. Jedynymi źródłami światła są nasze czołówki. Poza tym piękna ciemność.
Sto metrów od chatki rozciąga się jezioro. Dziś zamarznięte i przykryte metrową warstwą śniegu. Otwarta przestrzeń. Bezchmurne rozgwieżdżone nocą niebo. Idealne warunki do polowania na zorzę. Spoglądamy na aplikację zorzową. Kiepska sprawa. KP spadło właśnie do jedynki.
– Widzicie ją? Jest! – kolega wskazuje na ledwo tlącą się wstążkę na niebie. Dla nieuprzedzonego oka zjawisko zupełnie nie do uchwycenia.
Dopiero po rozstawieniu statywu i zrobieniu zdjęcia na długim czasie naświetlania widzę jakikolwiek efekt. Przepiękna zielono-żółtawa toń na ciemnym niebie.
– Ech… Zdecydowanie lepiej wygląda to na zdjęciach niż na żywo – koleżanka wpisuje się w standardowy model reakcji ludzi, którzy po raz pierwszy widzą zorzę na żywo.
– Bo z tej zorzy to taka mała cwaniara jest – odpowiada jej chłopak, który jechał ze mną samochodem. – Kusi ludzi zdjęciami. Mami, przyciąga. My to oglądamy, podziwiamy i w końcu decydujemy się przyjechać, żeby zobaczyć to na żywo. I wtedy realizuje się jej plan. Bo ostatecznie okazuje się, że przyjeżdżasz tutaj zupełnie po coś innego.

Nocleg na śniegu i popękane karimaty

Polowanie jednak musi trwać. Chcemy przecież więcej. Z czasem kolejni członkowie wyprawy instalują sobie w swoich telefonach aplikacje do obserwacji aktualnego KP.
– Z mapy wygląda na to, że za miejscowością Jokkmokk powinny pojawić się dzisiaj warunki do oglądania zorzy – konkluduje Wojtek, analizujący od kilku minut aplikację.
Tego dnia w drodze na północ mijamy sławne rzeczne bystrze Storforsens. Oczy wreszcie mają szansę odpocząć od standardowych widoków pokrytej śniegiem szosy. Głośny szum rzeki przemieszany z dudniącym odgłosem obrywających się od brzegu brył śniegu przewrotnie wycisza. Uspokaja i koi. Wprowadza stan umysłu w jakiś inny wymiar. Normuje ciśnienie we krwi. Zbawienne lekarstwo.
Kolejna noc to znów konieczność nocowania w namiotach. Tym razem na opuszczonym parkingu gdzieś przy jednej z dróg prowadzących na północ Szwecji.
– Pamiętam naszą pierwszą wyprawę zorzową. – Podczas rozbijania namiotów Wojtkowi przypomina się jedna z historii. – Większość z nas wzięła wtedy ze sobą pompowane karimaty. Nie oponowałem, bo wydawało się, że to naprawdę dobry pomysł. Powietrze to przecież znakomity izolator od zimnego podłoża. Nie przewidzieliśmy tylko jednego…
– Zamarzły w bagażniku? – zgaduje rozbijający równolegle drugi namiot mężczyzna przysłuchujący się opowieści.
– Nie, nie… Gorzej – odpowiada szybko Wojtek. – Od różnicy temperatur między zmarzniętym podłożem a ciepłymi ciałami leżących karimaty zaczęły po prostu pękać. Jedna po drugiej. Sytuacja zrobiła się naprawdę nieciekawa. Resztę nocy trzeba było spędzić w samochodzie.
Tej nocy nikt w aucie spać nie będzie. Namioty rozstawione, karimaty i koce rozłożone. Można zmrużyć oko. Choćby na kilka godzin. Przed zaśnięciem raz po raz ktoś wychyla się jeszcze zza namiotowego tropiku, by spojrzeć w niebo. Niestety. Także tej nocy zorzy nie widać.

Nagroda dla cierpliwych

– Pobudka! Wstajemy! Właśnie sprawdziłem! KP ma dziś przekroczyć piątkę! Musimy prędko jechać! – radosny głos Wojtka wybudza zaspane obozowisko. Szybka toaleta w śniegu i można pakować namioty z powrotem do aut. Słońce zaraz powinno wyjść zza horyzontu.
Ten dzień nie będzie trwał długo. Wkrótce po dwunastej słońce zaczyna schodzić coraz niżej. Wreszcie chowa się za okolicznym lasem. Niebo przykryte jest gęstymi chmurami. Warunki do oglądania utęsknionej zorzy znów bardzo mizerne.
Kilkanaście kilometrów za miasteczkiem Jokkmokk podjeżdżamy na samotną stację benzynową. Obsługiwaną przez jedną panią. Po uiszczeniu opłaty za paliwo Wojtek dopytuje się Szwedki o zorze w tym regionie.
– Ostatnie kilka dni jest niemal co noc – odpowiada bez żadnych oznak emocji na twarzy. Widać, że na tutejszych mieszkańców niebiański spektakl świetlny nie robi już wrażenia.
– Czyli mamy dziś szansę? – dopytuje Wojtek.
– Chwileczkę… – kobieta opuszcza stanowisko za kasą, by wyjść przed budynek stacji i spojrzeć w niebo. Po chwili ponuro kręci głową. – Oj, nie… Dziś to zorzy raczej nie będzie.

fot.Eric Kilby

Zorza polarna przypomina falującą, wciąż poruszającą się łunę światła.
Dlatego zupełnie inaczej wygląda na żywo, a inaczej na zdjęciach z długim
czasem naświetlania.

Ta noc to ostatnia już szansa na zapolowanie na Aurora borealis podczas tej wyprawy. Nastroje zatem nie są najlepsze. Spędzone w samochodach godziny. Nieprzespane kilometry. Chłód i ciągłe zagryzanie zębów. Bo przecież jest cel. Bo przecież to wszystko miało być po coś.
– Pół godzinki jazdy dalej i znajdziecie nieczynny o tej porze roku camping – instruuje kobieta ze stacji.
Dojechaliśmy. Na pokrytej śniegiem połaci nie widać żadnych śladów świadczących o tym, że to camping. Na to, że od czasu do czasu miejsce to może służyć turystyce, wskazuje jedynie pobliska drewniana wiata. I znów to samo. Podział na grupy. Zmienność obowiązków, żeby uniknąć wychłodzenia. Trzeba rozbić namioty, zebrać chrust, rozpalić ogień, ugotować obiad. Walka z czasem. I zniechęceniem. Bo przecież ileż można?
– Ej!!! Ej!!! Aaa!!! – naraz z okolicznej polany słychać dziewczęcy pisk. To jedna z uczestniczek wyprawy. Znikła na moment. Pewnie poszła za potrzebą w las. Teraz słychać tylko jej pisk. Ciężko jednak rozróżnić, czy wołająca prosi o pomoc, czy raczej z czegoś się cieszy.
Wszyscy w jednej chwili wybiegają spod wiaty. Szukając wzrokiem w ciemności nieobecnej od kilku minut dziewczyny. Gdy opuszczają zadaszoną kryjówkę, ich oczom ukazuje się naraz i ona. Rozciągnięta od jednego skrawka nieba po drugi. Wielka i szeroka. Falująca niczym podrywana przez łagodny zefirek balkonowa firanka. Tym razem zorza polarna nie ma zamiaru szybko się chować. Trwa rozwijając się na nieboskłonie niczym bardzo długi gwiaździsty kłębek. Zajmując kolejne płaty ozdobionego Mleczną Drogą nocnego nieba.
– A nie mówiłem?... – Wojtek stoi z założonymi na piersi rękami, wpatrzony w niebo. – Zorza lubi cierpliwych.     ν
2. Zorzę polarną najlepiej obserwować na otwartych przestrzeniach.
3. Niejednokrotnie aby skutecznie zapolować na zorzę, potrzeba wpierw porzucić wygodną dla nas strefę komfortu.
4. Podczas nocy polarnej dzień trwa ledwo kilka godzin. A światło jest jakby zza mgłą.
5. Zorza polarna przypomina falującą, wciąż poruszającą się łunę światła. Dlatego zupełnie inaczej wygląda na żywo, a inaczej na zdjęciach z długim czasem naświetlania.

 

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze