CO GRYZIE NIEMCÓW

Wielcy Przegrani

Niewątpliwie największymi przegranymi berlińskich wyborów są liberałowie. Po porażkach w wyborach do landtagu w Bremie, Saksonii-Anhalt, Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Nadrenii-Palatynatu po raz piąty w tym roku nie przeskoczyli 5-proc. progu wyborczego. Fatalny wynik jak na partię wchodzącą w skład koalicji rządowej. Zdaniem Holgera Zastrowa z saksońskiego prezydium FDP mizerny wynik w pięciu kolejnych landach jest cenzurką wystawioną liberałom za dwa lata rządów na szczeblu federalnym. Ostatnie eurosceptyczne wypowiedzi i propozycje szefa FDP, wicekanclerza Philippa Röslera, najwidoczniej nie podbiły serca berlińczyków. Zresztą Rösler domagając się dopuszczenia w sferze publicznej do rozmów na temat ewentualnego przyzwolenia na bankructwo Grecji, wywołał burzę wśród polityków, a nie zwykłych Niemców. To nie Schmidt z Müllerem, ale Bernd Pos-selt z CSU (Unia Chrześcijańsko -Społeczna) zarzucił Röslerowi (nawiązując do nieżyjącego już prawicowego polityka Jörga Haidera) „haideryzację FDP”, czyli w jego mniemaniu – populizm. Swoją drogą, to dziwne, że członek partii, stanowczo domagającej się stworzenia mechanizmu wyrzucania dłużników na margines eurostrefy, oskarża Röslera o populizm. Od kiedy media ujawniły szacunkową kwotę ratowania eurobankrutów, zachodni Niemcy reagują alergicznie na słowo „pakiet pomocowy”. Najbardziej pesymistyczny scenariusz przewiduje 465 mld euro z kieszeni niemieckiego podatnika. Atakując Röslera, CSU nie zmarnowało więc okazji, by na fali wściekłości podatników zarobić kilka punktów i jeszcze przy okazji wbić liberałów w ziemię.

Zmiana kursu FDP z nijakiego na eurorealistyczny i tak przyszła zbyt późno. Kto miał chęć zagłosować na partię krytyczną wobec Unii Europejskiej i jej recept na walkę z kryzysem, oddał głos na Die Freiheit. Sądząc po wyniku tej ostatniej, zwolenników było znacznie mniej niż prognozowano. 1 proc. głosów oddanych na partię René Stadkewitza nie powala na...
[pozostało do przeczytania 79% tekstu]
Dostęp do artykułów: