Nasi w Chicago, czyli „Polacy, jesteśmy u siebie”...

Gdy ląduję na O’Hare w Chicago, tuż po opuszczeniu samolotu słyszę język polski: to pracownik lotniska wita mnie i innych pasażerów płynną polszczyzną. I to nie jakieś tam zdawkowe, wyuczone „dzień dobry”. Zaraz potem kolejny pracownik odbierający ode mnie deklarację finansową, widząc paszport z orzełkiem, zwraca się do mnie dobrym polskim i życzy udanego pobytu.

Już po pół godziny Downtown pozdrawia mnie feerią świateł. To robi wrażenie. Budowali go także nasi rodacy. Nazajutrz pani Jola z Sosnowca pokazuje mi „Trójcowo”, czyli kościół pw. Świętej Trójcy, i dzielnice wokół niego, a także „Aniołowo” czy „Jackowo” – nazwa zawsze pochodzi od kościoła. Kiedyś...
[pozostało do przeczytania 76% tekstu]
Dostęp do artykułów: