Nasi w Chicago, czyli „Polacy, jesteśmy u siebie”...

Gdy ląduję na O’Hare w Chicago, tuż po opuszczeniu samolotu słyszę język polski: to pracownik lotniska wita mnie i innych pasażerów płynną polszczyzną. I to nie jakieś tam zdawkowe, wyuczone „dzień dobry”. Zaraz potem kolejny pracownik odbierający ode mnie deklarację finansową, widząc paszport z orzełkiem, zwraca się do mnie dobrym polskim i życzy udanego pobytu. Już po pół godziny Downtown pozdrawia mnie feerią świateł. To robi wrażenie. Budowali go także nasi rodacy. Nazajutrz pani Jola z Sosnowca pokazuje mi „Trójcowo”, czyli kościół pw. Świętej Trójcy, i dzielnice wokół niego, a także „Aniołowo” czy „Jackowo” – nazwa zawsze pochodzi od kościoła. Kiedyś Polacy stanowili tu zdecydowaną większość. Pierwszy duży exodus naszych stąd zaczął się w połowie lat 60. XX wieku wraz ze zmianą struktury demograficznej Chicago. Rodacy, liderzy polskiej społeczności, mówiąc mi o tym, starannie dobierają słowa: „gdy zaczęli osiedlać się tu Afroamerykanie...”. Kolejny exodus wynikał ze względów ekonomicznych: coraz bogatsi Polacy wyprowadzali się do domów na przedmieściach, a w ostatnich dwóch dekadach coraz częściej na Florydę czy do innych „ciepłych” stanów. Rozumiem ich: jest początek grudnia, a tu zimniej niż w Polsce. Ale polskie aktywa w „Polish Village” i w ogóle w całym Chicago są dalej olbrzymie. Dla przykładu: jesteśmy narodowością nr 1 wśród właścicieli nieruchomości w tym największym mieście stanu Illinois.  Jestem tu od piątku wieczór, a w sobotę rano
     
36%
pozostało do przeczytania: 64%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze