Mołdawski eksperyment

Ostatni rok w Mołdawii to prawdziwy polityczny kalejdoskop. Najpierw nierozstrzygnięte wybory, potem impas w budowaniu koalicji, wreszcie zaskakujący sojusz prozachodniego obozu z obozem prorosyjskim i w efekcie odsunięcie od władzy potężnego oligarchy. Egzotyczna koalicja przetrwała tylko pięć miesięcy i pełnię rządów przejęli socjaliści, a tak naprawdę przyjazny Kremlowi prezydent. Wydarzenia w Mołdawii potwierdzają, że próba współpracy Zachodu z Rosją nie może przynieść nic dobrego. Nie da się reformować państwa wspólnie z politykami prorosyjskimi. Mołdawski eksperyment, unikalna współpraca Rosji z Zachodem, zakończył się bardzo szybko – już w pierwszym momencie realnego zagrożenia dla skorumpowanych elit. Na mołdawskim poligonie Zachód wykazał się naiwnością i może za to słono zapłacić. Gruzja i Mołdawia – te dwie postsowieckie republiki łączy nie tylko problem tzw. zamrożonych konfliktów, czyli separatystycznych części terytorium, od początku lat 90. XX wieku nieuznających zwierzchnictwa legalnych władz i związanych ściśle z Rosją (Abchazja i Osetia Południowa oraz Naddniestrze). W ostatnich latach oba te państwa, niekryjące zresztą swych zachodnich aspiracji (Gruzja do NATO, Mołdawia do UE), łączył też model rządów. Dokładniej zaś wszechwładza oligarchów, niesprawujących oficjalnych funkcji państwowych, lecz rządzących z tylnego siedzenia: Bidziny Iwaniszwilego w Gruzji oraz Vladimira Plahotniuca w Mołdawii. Plahotniuc niepodzielnie rządził krajem od
     
11%
pozostało do przeczytania: 89%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze