„Sprawa Nalaskowskiego” - poboczne odczytanie

Paradoksalnie twierdzę, że gdybym krytykę LGBT podjął w trakcie zajęć ze studentami, to byłoby to bez większych problemów uznane za dyskurs akademicki. Próba wyjścia z taką krytyką poza mury uczelni spotyka się z pewnym ostracyzmem środowiskowym i przypomina marcowe hasło „literaci do pióra, studenci do nauki”. Profesor ma się ograniczyć do działania w obrębie murów uczelni. Oczywiście dotyczy to tych naukowców, których poglądy nie są zgodne z poglądami tzw. środowiska. Pozostali mogą w ramach audycji telewizyjnych czy artykułów prasowych dowolnie (w formie i treści) krytykować władzę, a także „odszczepieńców”, korzystając tym samym w pełni z prawa do konstytucyjnej wolności słowa.

Sytuacja, w której niedawno się znalazłem, a którą można by przedstawić w formie logicznego ciągu zdarzeń: felieton → zawieszenie w obowiązkach profesora → wyrazy masowej niezgody → odwieszenie, ujawniła kilka niezwykle istotnych faktów, którymi warto się będzie w przyszłości na poważnie (dla mnie oznacza to naukowo) zająć. Niniejszy tekst stanowi zatem zaledwie szkic, mapę problemów czekających na analizę.

Wybuchowe litery
Zupełnie zagadkowe jest dla mnie, dlaczego nie głosy w poważnych dyskusjach zarówno o przyczynie, jak i aktywności środowisk homoseksualnych w Polsce, liczne opracowania krytyczne czy ostrzeżenia autorytetów, stanowiły razem wzięte mniejszą siłę niż felieton, którego publikacja, wbrew intencjom autora, wywołała burzę społeczną i kontrastowo istniejące w Polsce w tym zakresie podziały. 
Nie ma tu w tej chwili znaczenia mój osobisty los, a właściwie przygoda, lecz nieodkryty i dotąd przez nikogo nie analizowany mechanizm. O tym będzie nieco dalej. Po raz kolejny okazało się, że głos elit intelektualnych ma mniejszą moc sprawczą niż wydarzenie z obszaru szeroko pojętej kultury pop. Gdyby wyciągać bezpośrednie i bardzo powierzchowne wnioski, można by rzucić hasło – „nie róbmy nauki, piszmy felietony!”....
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: