Powrót do Czarnobyla

Współczesne kino katastroficzne opiera się często na schemacie, któremu sprzyja dodatkowo moda na ekologię. Naukowcy alarmują z powodu narastającego problemu, władze ignorują ostrzeżenia, wreszcie dochodzi do katastrofy. Ostatnim elementem jest wymuszona przez okoliczności zgoda i poświęcenie bohatera w imię ochrony świata lub przynajmniej jego kawałka. Miniserial HBO „Czarnobyl” wpisuje się w te zasady, jednak jest opowieścią inną, odrębną, nie dość bowiem, że oparty został na dramacie, który rzeczywiście się wydarzył, to jeszcze rozgrywa się w realiach sowieckich.

Niektórzy chcą widzieć w „Czarnobylu” oskarżenie komunizmu, co – o czym za chwilę – wzięła do siebie nawet współczesna Rosja. Prawdy jest w tym dużo –  tyle, ile różnic między historią ukazaną w serialu a regułami katastroficznego schematu. Prześledźmy więc, w jaki sposób czarnobylska opowieść mu się wymyka, a jak wpycha go w ciasny, sowiecki gorset, mając ten komfort, że tym razem trudno mówić o spojlerach.

Komuniści żądają ukarania twórców
Naukowcy ostrzegający o zagrożeniu? Są. W klasycznym dramacie, rozgrywającym się w kapitalistycznych realiach, politycy nie chcieliby ich słuchać, bojąc się paniki i strat dla wielkiego biznesu, niekoniecznie w tej kolejności. Z tych samych przyczyn nie chciałby też słuchać ich sam wielki biznes. Przyczyną potencjalnej katastrofy mogłaby być jakaś niedoróbka, oszczędność, wynik chciwości, oszustwa, korupcji, względnie pośpiechu, mającego w tle pozostałe przyczyny. Co zmieniają realia komunistyczne? Zamiast chęci zysku mamy socjalistyczne współzawodnictwo, pośpiech, przymus wykonania planu, pokazania się przed władzami, który najpierw powoduje oddanie do użytku elektrowni, w której nie przeprowadzonego jednego z koniecznych testów, później zaś przeprowadzenie go w warunkach, które wykluczały wykonanie tego działania, co stało się główną przyczyną katastrofy, dość szczegółowo wyjaśnioną w ostatnim odcinku...
[pozostało do przeczytania 80% tekstu]
Dostęp do artykułów: