Księżniczka, która nie bała się ludzi, psów i koni

„[…] zetknęłam się z ludźmi, którzy naprawdę nie mieli nic. Może ich największym ubóstwem było to, że sami siebie uważali za szmaty. Dlatego właśnie się nimi zajęłam… Postanowiłam ich kochać, szanować i słuchać, a oprócz tego także nakarmić” – pisała Elżbieta z Lubomirskich Stadnicka.

Niektóre sceny z dzieciństwa pamięta się przez całe życie. W mojej pamięci pozostał na zawsze wyjazd z rodzicami i siostrą do podczęstochowskiej Kruszyny. Kruszyna to zwykła wieś. Niezwykły jest położony nieopodal wsi ogromny, zdziczały park, a w nim – wyłaniający się z burzy zieleni, po kilometrowym spacerze, ogromny stary pałac. Cały i zdrowy, tylko w przedziwny sposób ogołocony ze wszystkiego, co mogłoby wskazywać, że toczyło się tu kiedyś barwne, pełne przygód, ale i łez wylewanych obficie życie historycznego rodu. Że biegało po jego lśniących posadzkach (wydartych teraz z podłoża do żywego kamienia) blisko pół setki dzieci, że wychowywało się tutaj, żeniło i umierało kilka pokoleń. Dziedziniec i podwórze pełne były rżenia koni, poszczekiwań psów, odgłosów domowego ptactwa.

Kareta Lubomirskich
Elżbieta z Lubomirskich Stadnicka, autorka wspomnień, w których ten pałac się pojawia, była przekonana, że Matka Boska Częstochowska darzy jej rodzinę szczególnym uczuciem, nie tylko z powodu ufundowania przez nią bramy wiodącej na Jasną Górę i wybudowania połowy klasztoru, lecz głównie dlatego, że jej pradziadek Eugeniusz Lubomirski wraz z żoną osobiście przywiózł z Rzymu koronę dla Maryi i Dzieciątka z Cudownego Obrazu (ufundował ją św. Pius X). Elżbieta jako dziecko oglądała w wozowni kruszyńskiego pałacu specjalnie na ten cel obstalowaną ogromną karetę, którą para małżeńska, wraz ze stangretem i służbą pojechała do Wiecznego Miasta. Było to wielkie wyróżnienie i honor, nawet jak na tak zasłużony dla Polski stary hetmański ród.
Z pałacu w Kruszynie Niemcy podczas wojny wywieźli dwanaście wagonów mebli (ukradli także tekę...
[pozostało do przeczytania 91% tekstu]
Dostęp do artykułów: