Brexit, czyli kim jesteśmy

Problemu brexitu nie można sprowadzać tylko do kwestii negocjacji. Niezależnie od tego, na jakich warunkach dokona się ostateczny rozwód, wszyscy Brytyjczycy będą musieli zmierzyć się z o wiele większym wyzwaniem: życiem w radykalnie podzielonym społeczeństwie. Jak pozostać wspólnotą, jeśli poglądy na temat migracji czy narodowej tożsamości połowy społeczeństwa są nie do pogodzenia z przekonaniami drugiej połowy?

Wielka Brytania jest w kropce i już teraz albo niedługo pożałuje  swojego wyboru – to sąd, z którym zgodziłaby się większość komentatorów obserwujących dziś procedury brexitowe. Z umowy wynegocjowanej przez Theresę May właściwie nikt nie jest zadowolony, a politycy zarówno lewicy, jak prawicy uważają ją – choć z różnych względów – za fatalną. Obserwacja medialnych przekazów może przekonywać, że dla opisu decyzji o opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię coraz lepiej pasuje słowo „wyrok”, a nie „wynik referendum”. Sama decyzja zaczyna być postrzegana jak wynik pijackich ekscesów, których człowiek żałuje zaraz po przebudzeniu, ale z konsekwencjami których i tak musi się zmierzyć.
Taką wizję pogłębia fakt, że cały proces, mimo że ma formalnego lidera w osobie Theresy May, to brakuje mu lidera wiarygodnego. Nigel Farage, szef partii UKIP, która Brexit niosła na sztandarach, ogłosił koniec swojej kariery politycznej dzień po głosowaniu. Z gabinetu May odeszło też kilku ministrów, z Borisem Johnsonem na czele, których stosunek do wyjścia był zdecydowanie pozytywny. A sama pani premier? Trudno nie mieć dla niej sporej dozy uznania, a przede wszystkim współczucia, bo stoi na czele gabinetu, który ma przed sobą jedno z największych wyzwań w powojennej historii Wielkiej Brytanii. Z drugiej strony trudno Theresę May zaliczyć do grona polityków, którzy wszystkich wokół zarażają entuzjazmem. I to pomimo inicjatywy speców od wizerunku, którzy wpadli na pomysł, by pani premier w kilku sytuacjach sobie potańczyła do dźwięków znanego...
[pozostało do przeczytania 84% tekstu]
Dostęp do artykułów: