Nowa nadzieja

Losy Polski w ostatniej dekadzie wyglądały na mocno przesądzone. Mieliśmy być peryferiami Unii Europejskiej, gdzie powolny wzrost poziomu życia i możliwość wyjazdu do pracy w UE były jedyną nadzieją na poprawę losu. Kolejne pokolenie, to, które miało przyjść już po nas, mogło marzyć o dołączeniu do średniej unijnej, ale w państwie, które byłoby pozbawione samodzielności, co gorsza – zawstydzone swoją tradycją i historią jako balastem dla rozwoju.

Ten plan był realizowany konsekwentnie i mało kto wierzył, że można go zmienić. Wybuch wojny na Ukrainie doprowadził do spięcia między Berlinem a Moskwą, co dało trochę oddechu innym krajom Europy Środkowej. Rosja przestała być jedyną alternatywą dla Niemiec w tym regionie. Pozwoliło to na uaktywnienie się polityki amerykańskiej. Faktycznie importerem USA do tej części świata, chyba zupełnie wbrew swoim intencjom, stał się Putin. Powrót Amerykanów rozbudził aspiracje przeciwników europejskiego superpaństwa i przyspieszył zmiany polityczne w krajach Międzymorza. Odrzucenie deterministycznej, półkolonialnej polityki Berlina spowodowało poprawę finansów przede wszystkim Polski i przyspieszony wzrost gospodarczy. Koło historii zaczęło kręcić się w zupełnie innym kierunku. Przeciwnicy uległości wobec UE zaczęli mieć w ręku silne argumenty ekonomiczne i socjalne. Polska w ciągu dwóch lat zaczęła być magnesem dla zwykłych ludzi. Z pewnym zainteresowaniem przyglądają się nam wielkie fundusze finansowe. Jeżeli ten trend zostanie zachowany, dojście do średniej unijnej zajmie mniej niż dekadę. To czas akceptowalny, szczególnie dla młodych ludzi. Dlatego wielu z nich przymierza się do powrotu do kraju. Czeka nas jeszcze wiele zadań: budowa setek tysięcy mieszkań, i to dużych, bo w takich mogą żyć rodziny wielodzietne.

Trzeba odbudować przemysł, zacząć produkcję własnych samochodów (również uwzględniających istnienie wielodzietnych rodzin, bo z takimi autami jest dzisiaj kłopot), własnych...
[pozostało do przeczytania 24% tekstu]
Dostęp do artykułów: