Cicha wojna

Szybki wzrost polskiej gospodarki, likwidacja biedy, niezły stan finansów, a jednocześnie zaostrzające się stosunki z UE wydają się procesami oderwanymi od siebie. Prawda jest jednak zupełnie inna. Rząd PiS wprowadził politykę ochrony interesów państwa. Oznacza to, że korzyści międzynarodowych korporacji i innych państw przestały być równorzędne czy czasem pierwszorzędne. Skutki tego widać natychmiast w budżecie. Zostało w nim, w skali roku, kilkadziesiąt miliardów więcej. Poprawiła się też kondycja polskich przedsiębiorstw. Te, które notowały stratę albo wręcz były zagrożone upadkiem, zaczęły przynosić zyski. Podjęto działania dosyć oczywiste, które dały nadspodziewanie dobre efekty. Pytanie oczywiście: dlaczego nie podjęto ich wcześniej? 

Odpowiedź otrzymujemy wraz z każdym groźnym pomrukiem Brukseli i polityków stanowiących twardy trzon UE. Polska, która przez osiem lat przelała przynajmniej pół biliona złotych do tych państw, przestała być ich sponsorem. Skończył się nowoczesny kolonializm i zaczyna to powodować pewne problemy w ich gospodarkach. Czy rządy Holandii, Niemiec albo Francji mogą zacząć protestować w związku z tym, że nie dajemy się okradać? Raczej byłoby to trudne. Mogą za to interweniować w sprawie europejskich wartości. 

I tak na przykład przemysł AGD przenosi się z Francji do Polski, prezydent Macron przypomina sobie o buncie Polski w sprawie imigrantów. Zatrzymujemy wyciek VAT-u do Holandii, holenderscy politycy bronią niezależności naszych sądów. Na szczęście Włosi nie mogą wściekać się o wykup przez państwo sektora bankowego, bo sami odsprzedali nam Pekao SA, ratując finanse rodzimego banku. Trudno też, żeby Hiszpanie upomnieli się o przeniesienie Władysława Frasyniuka (na rękach policji) w inne miejsce po tym, jak spałowali demonstracje w Katalonii. Jednak podgryzanie Polski będzie trwało nawet wówczas, gdy UE – tak jak w przypadku imigrantów – przyzna się do radykalnego błędu. Nie chodzi o ...
[pozostało do przeczytania 24% tekstu]
Dostęp do artykułów: