Chirurgiczne cięcie legendy hard rocka

Nie będę skupiał się na stricte muzycznej zawartości płyty „Infinite”, tę każdy powinien ocenić przez pryzmat własnych oczekiwań. Postaram się jednak odnieść do emocji związanych z odsłuchem najnowszego, a 20. w dyskografii, albumu geniuszy hard rocka. Nie ukrywam, czekałem na niego i dałem mu duży kredyt zaufania. Tyle że efekt końcowy nie okazał się dla mnie satysfakcjonujący. Jakie więc emocje towarzyszyły mi w trakcie poznawania albumu? Niestety, niewielkie. Co ciekawe, w okresie poprzedzającym premierę nic na to nie wskazywało. Utwór „Time for Bedlam” zapowiadający „Infinite” zaskakiwał energią i nowoczesnym charakterem aranżacji kompozycji. Cieszyć mógł czysty śpiew Iana Gilana, który zresztą na całej płycie nie zdołał utrzymać równego poziomu (upływ lat wyraźnie dawał się zauważyć również na ostatnich koncertach zespołu). Niestety, wraz z kolejnymi utworami wspomniana energia ulatuje. Płyta, chociaż nie wzbudza zastrzeżeń pod względem kompozycyjno-technicznym, sprawia wrażenie pozbawionej duszy. Być może „profesorom rocka” już po prostu nie wypada przybierać niektórych scenicznych masek, chciałbym jednak, aby rock pozostawał rockiem – czyli muzyką zbuntowanych bądź spragnionych zabawy. Deep Purple nie mają przeciwko czemu się buntować (chociaż podejmują taką próbę we wspomnianym „Time For Bedlam”). Deep Purple nie chcą już również oddawać się zabawie i nawet ten aspekt ma w ich twórczości słodko-kwaśny posmak (utwór „One Night in Vegas”, „On The Top
48%
pozostało do przeczytania: 52%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Interesuje Cię pakiet wielu subskrypcji? Napisz do nas redakcja@www.panstwo.net

W tym numerze