Niemoc legendy

Premiera 14. albumu Depeche Mode stała się faktem. Cztery lata po opublikowaniu kontrowersyjnej „Delta Machine” zespół powraca z materiałem, według mnie, jeszcze trudniejszym do przyswojenia od tego, który znalazł się na poprzedniej płycie. Legendarna grupa z Basildon zatraciła gdzieś charakterystyczny dla jej muzyki pierwiastek niepokoju, mistycyzmu i suspensu sprawnie zmieszanych z naiwną melancholią. A to przecież decydowało o sile poprzednich płyt formacji. Pojawiła się za to konceptualna pustka, którą zespół postanowił wypełnić nieczytelną produkcją, społecznie zaangażowanymi tekstami oraz kompozycjami, które w najlepszym wypadku zasługują na miano niedopracowanych.

Poprzedni longplay był eksperymentem, odskocznią od typowo „depeszowskich” kompozycji, które dominowały na udanym, chociaż zachowawczym albumie „Sounds of the Universe”. „Delta Machine” wymagała cierpliwości i skupienia, aby wydobyć z połamanych rytmów warstwę melodyjną i dawkę melancholii typową dla zespołu. A jednak album promowany był utworem „Heaven”, najbardziej „depeszowskim” spośród wszystkich, jakie wówczas zarejestrowano. Wiele było na niej pomysłów nieudanych, jak „Angel” czy „My Little Universe”, ale płyta in toto nie wystawiała na próbę cierpliwości słuchacza w stopniu, w jakim robi to jej następczyni. Promujący album „Spirit” utwór „Where’s the Revolution” nazwać można co najwyżej przeciętnym. A jest to jedna z czterech kompozycji zawartych na płycie, które jeszcze w jakiś sposób mogą skupić uwagę słuchacza. Pozostałe trzy utwory warte odsłuchania to „You Move”, „So Much Love” oraz „No More (This is the Last Time)”. Cała reszta zdecydowanie odstaje poziomem od wcześniejszych dzieł Martina L. Gore’a. Z czego to wynika? Ano  z tego, że w ostatnich latach Depeche Mode postanowiło stać się bardziej awangardowe, niż skala przewiduje. Po 37 latach na scenie Martin L. Gore, walcząc z rutyną i resuscytacją, dotychczas sprawdzonych metod komponowania, zatracił,...
[pozostało do przeczytania 44% tekstu]
Dostęp do artykułów: