Cud mikroekonomii

Zwykłym zjadaczom chleba Polska zaczyna się jawić jako oaza spokoju. Nie przełoży się to natychmiast na wielkie inwestycje ekonomiczne – na to trzeba lat. Efekty będą widoczne w małych, rodzinnych firmach.

Ekonomiści przywiązują bardzo dużą wagę do danych za pierwsze półrocze tego roku. Wynika z nich, że zamiast wzrostu o 3,6 PKB będziemy mieli wzrost 3,4 PKB, czyli gorszy niż przewidywano. Jednocześnie bardzo wzrosła konsumpcja. To są informacje świadczące o zupełnie innych zjawiskach. Albo więcej konsumujemy i więcej wytwarzamy, albo produkcja spada. Nie widać też masowego wzrostu importu. Czyli na co poszły nasze pieniądze?
Dla mnie jest to oczywiste. Polacy wyjechali na wakacje. Zaczęły się one już w czerwcu i potrwają pewnie do końca sierpnia. W tym czasie magazyny i sklepy błyskawicznie się opróżniają. Dopiero ich napełnienie spowoduje realny wzrost gospodarczy. Idę o zakład, że dane za wrzesień będą nadzwyczaj dobre. Będzie to się działo mimo słabej absorpcji środków unijnych. Poprzednia władza nie przygotowała odpowiednich projektów, obecna potrzebuje bardzo dużo czasu, by to nadrobić.
Dlaczego jestem więc w sprawie wzrostu gospodarczego optymistą? Bo Polakom wróciła wiara we własny kraj. Wielu ludzi zepchniętych do tej pory w ekonomiczną depresję zaczyna próbować zarabiać pieniądze. Dochodzi jeszcze do tego rozpad Unii Europejskiej i kryzys imigracyjny. Zwykłym zjadaczom chleba Polska zaczyna się jawić jako oaza spokoju. Nie przełoży się to natychmiast na wielkie inwestycje ekonomiczne – na to trzeba lat. Efekty będą widoczne w małych, rodzinnych firmach. To one najszybciej reagują na nowe wiatry. Sama turystyka wbrew pozorom nie przynosi gigantycznych dochodów. Za to drobny handel, przetwórstwo, rolnictwo, rzemiosło, usługi – na konkretnym terenie – ożywają zarówno przy większym ruchu turystycznym, jak i w wyniku zwiększonej konsumpcji. Polskę czeka silny impuls rozwojowy wynikający z rozkwitu firm niemających...
[pozostało do przeczytania 39% tekstu]
Dostęp do artykułów: