Stonesi wracają z „Blue and Lonsome”

Początkowe działania marketingowe, podejmowane u progu wielkiej kariery The Rolling Stones, kazały managementowi budować wizerunek zespołu jako „anty-Beatlesów”. Każdy przyzna, że The Rolling Stones zawsze wyglądali na bardziej niegrzecznych i emanujących jasno wyrażaną seksualnością. Mieli zresztą już w pierwotnych założeniach stanowić jedynie słuszny wybór dla wszystkich buntowników i niespokojnych dusz nawiedzających po zmroku kluby przemysłowej Anglii. The Rolling Stones byli mroczną, wyuzdaną i bezkompromisową odpowiedzią na delikatnych i radośnie uśmiechniętych prekursorów British Invasion. A jednak pozory mylą. Lemmy Kilmister zauważył kiedyś, że The Rolling Stones, wbrew obiegowej opinii, byli ułożonymi chłopcami z dobrych domów – oczywiście przenieśli się do Londynu, gdzie „dla sztuki” przymierali głodem, ale był to ich własny wybór. Zawsze otwarte pozostawało wyjście awaryjne w postaci dobrze sytuowanych rodzin i ich wsparcia. Za to The Beatles życie nie raz doświadczyło, zanim wstrząsnęli muzycznym establishmentem. Byli twardzi, bo tego wymagało od nich życie w portowym Liverpoolu. Potrafili walczyć o swoje, bo bez tego nie pokonaliby przeszkód, jakie pojawiały się na ich drodze. The Rolling Stones twardzi nie byli – bo po prostu nie było takiej potrzeby. To, co obie grupy łączy, to fakt, że tworzący je muzycy byli wszyscy niewiarygodnie utalentowani. Stonesi do dzisiaj przekonują o tym podczas swoich żywiołowych występów. Nie ulega wątpliwości,
     
40%
pozostało do przeczytania: 60%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze