Media XXI wieku

Kiedyś o byciu rozpoznawalnym decydowały: udział w balach, widoczne miejsce w operze czy nawet w kościele. Dzisiaj – liczba kontaktów na Twitterze i Facebooku.

Kilka lat temu w „Nowym Państwie” opublikowałem tekst o rozwoju mediów na świecie. Porównałem sytuację tego rynku do walki ssaków z dinozaurami. Niewielkie, ale połączone ze sobą grupy medialne wyspecjalizowane w działaniu w danej społeczności doprowadzą (tak przewidywałem) do: najpierw ograniczenia siły gigantów, a potem ich wyginięcia. Apokalipsa gigantów będzie odbywała się na dwa sposoby: duże media zmaleją i będą łączyć się z innymi, czyli upodobnią się do małych stad ssaków, albo będą bronić swojej pozycji do końca i wreszcie zbankrutują. Proces jest nieunikniony i już widoczny.
Obecne zmiany na rynku mediów wiąże się bardziej z Internetem, ale nie jest to do końca prawdą. Same portale internetowe oczywiście rozwinęły się bardzo mocno, lecz powstały też inne media, które Internet jedynie wspomaga. Patrząc na polski rynek, ostatnie lata to bujny rozwój tygodników, pojawił się nowy ogólnopolski dziennik („Gazeta Polska Codziennie”), zaistniało wiele tematycznych kanałów telewizyjnych, w tym na pewno widoczny jest sukces komercyjny telewizji Puls, i wreszcie niezwykłe zjawisko TV Republika. Ale niebywałej siły nabrały też media okołointernetowe. Twittery, Facebooki itp., nazywane mediami społecznościowymi. Sam przekonałem się o tym, dokonując porównań wyników oglądalności swoich programów, gdy zamieszczałem informacje o ich emisji na osobistym profilu na Twitterze (mam trochę ponad 20 tys. obserwujących) i kiedy tego nie zrobiłem. Różnica jest widoczna. I tak to małe osobiste medium już wpływa na większe, tradycyjne. Dziennikarz, który nie zbuduje wokół siebie medialnej infrastruktury, to trochę jak biznesmen czy polityk bez kontaktów. Kiedyś o byciu rozpoznawalnym decydowały: udział w balach, widoczne miejsce w operze czy nawet w kościele. Dzisiaj – liczba kontaktów na...
[pozostało do przeczytania 47% tekstu]
Dostęp do artykułów: