Ostatni muzyczny performance Davida Bowiego

Trudno przygotować się na śmierć. Jeszcze trudniej poddać ją szczerej akceptacji. David Bowie zrobił jednak to, co dla wielu zwykłych ludzi pozostaje zamkniętą drogą. Nagrywając swój ostatni album „Blackstar” – przygotowywany w zaawansowanym stadium choroby nowotworowej – stworzył artystyczną kronikę własnego życia i umierania. Epitafium przepełnione niepokojem, lecz także godnością, z jaką Bowie godzi się z losem. Śmierć Davida Roberta Jonesa, choć spodziewana dla niego samego, zaskoczyła i pogrążyła w smutku miliony oddanych fanów muzyka. David Bowie jeszcze na długo przed diagnozą stwierdzającą nowotwór wątroby przeszedł sześć ataków serca. Z rakiem walczył 18 miesięcy, pozostając jednak w obliczu choroby sobą – nic nie tracąc ze swojej eksponowanej indywidualności. Hołubiąc artystycznemu etosowi, Bowie wykorzystał trudności i nieszczęścia życia jako elementy konstytuujące jego twórczość. Zapisał je w swym ostatnim, poruszającym dziele. Po dekadach przybierania artystycznych masek, przyjmowania osobowości, pod którymi krył swe obawy i uczucia, Bowie odsłonił się dla odbiorcy. I zrobił to w najbardziej wrażliwym momencie, w jakim, pomimo sławy, uwielbienia i pieniędzy, stawał przed nieuniknionym. Poruszający zapis przegrywanej walki o życie zawarł w utworze „Lazarus” i towarzyszącym mu teledysku. „Spójrz do góry, jestem w niebie” – śpiewa – „Mam blizny, których nie sposób dostrzec”. Konstruktywna dekonstrukcja Nazywanie Bowiego kameleonem popularnej muzyki
     
17%
pozostało do przeczytania: 83%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze