Ciemna strona in vitro

Dodano: 30/04/2015 - Numer 4 (110)/2015

„Ja miałam jedno podejście in vitro. Niestety, bezowocne. Staram się o dziecko 3 lata i nie mam już siły na kolejne próby ani tym bardziej in vitro, bo dla mnie to był taki mały prywatny horror. Masa wkłutych igieł, co 2 dni wizyty w szpitalu, a najgorsze – pobieranie jajeczek, a potem kilka godzin wymiotowania”. Oto ciemna strona in vitro. „Polska jest ostatnim krajem w Europie, w którym nie ma przepisów regulujących procedurę in vitro; brakuje przepisów, które chroniłyby rodziców i zarodki” – tymi słowami minister zdrowia Bartosz Arłukowicz przekonywał posłów do poparcia rządowego projektu ustawy o in vitro, nazywanej błędnie ustawą o leczeniu bezpłodności. Metoda in vitro leczeniem bowiem nie jest, o czym większość zdaje się zapominać. Minister ma rację – regulacja jest konieczna. Pierwsze polskie poczęte w ten sposób dziecko ma dziś 28 lat, tymczasem wciąż nie doczekaliśmy się w Polsce prawa, które precyzyjnie reguluje związane z in vitro kwestie. Ustawa jest potrzebna, biorąc pod uwagę również dyrektywy Unii Europejskiej, przede wszystkim jednak ze względu na dobro pacjentów i bezpieczeństwo samej procedury. Brak jasnych przepisów regulujących stosowanie tej metody jest niedopuszczalne, bo pozwala na różnego rodzaju nadużycia. Norm moralnych nie da się włożyć w paragrafy, opierając się jednak – tak jak do tej pory – w dużej mierze na zwykłej ludzkiej przyzwoitości, a ta staje się fundamentem coraz bardziej kruchym. Po pierwsze: pieniądze W 2010 r.
     
14%
pozostało do przeczytania: 86%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze