Rok Putina, czyli o jedną wojnę za daleko

„Zawsze miał farta, tym razem szczęście go opuściło” – ekonomista Siergiej Gurijew Państwo Islamskie, ebola, Rosja – w takiej kolejności Barack Obama, przywódca najpotężniejszego państwa na świecie, wymienił tej jesieni globalne zagrożenia dla USA. A więc i dla całego wolnego świata. Państwo Islamskie – jak się wydaje – osiągnęło apogeum swej ekspansji. Teraz już może się tylko kurczyć w walce o przetrwanie z otaczającą je koalicją. Ebola? Rozdmuchany problem, o którym za rok nikt już nie będzie pamiętał. W przeciwieństwie do nowej „zimnej wojny”. Nie może być żadnych wątpliwości. Rok 2014 był czasem, w którym globalną politykę zdominował konflikt Rosji z Zachodem. Władimir Putin wrócił na Kreml w 2012 r. po to, by trzecią kadencją prezydencką zapisać się w historii Rosji, i to w pierwszym szeregu jej bohaterów, wśród Iwana Groźnego, Piotra I czy Józefa Stalina. Temu podporządkowano cały projekt igrzysk olimpijskich w Soczi, tym kierował się Putin, anektując Krym. To również stoi za wejściem w największą od czasów zimnej wojny konfrontację z wolnym światem. Gdyby chodziło tylko o dalsze napychanie sobie kieszeni przez rządzącą ekipę, Moskwa nie ryzykowałaby konfliktu z Zachodem. Gdyby chodziło tylko o zachowanie geopolitycznego status quo w granicach byłego Związku Sowieckiego, Putin nie odrywałby Krymu od Ukrainy i nie napadał na Donbas, bo to oznacza długotrwały głęboki konflikt z drugim pod względem potencjału państwem postsowieckim i wykopanie między
     
8%
pozostało do przeczytania: 92%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze