Matura to bzdura?

Nauczanie matematyki to budowanie – potrzeba solidnych fundamentów, nie może zabraknąć cegieł w wyższych kondygnacjach. W przeciwnym razie budowla runie. I tegoż właśnie runięcia doświadczyliśmy w tym roku na maturach. Dlaczego?

Wyniki tegorocznej matury nie napawają optymizmem. Porażkę poniosło prawie 30 procent zdających – na 293 947 przystępujących do matury, zaliczyło ją 71 procent, czyli 208 023 osoby. Zdawalność była więc aż o 10 procent niższa niż w ubiegłym roku! Do poprawki zostało dopuszczonych 54 424, czyli 19 procent maturzystów, zaś 28 527, zatem 10 procent zdających, nie poradziło sobie z więcej niż jednym przedmiotem. Najlepiej, tradycyjnie już, poszło w liceach ogólnokształcących, gdzie poziom zdawalności osiągnął 80 procent, najgorzej w liceach i technikach uzupełniających – tam pozytywną ocenę z egzaminu otrzymało odpowiednio 14 i 11 procent osób przystępujących do matury. W technikach pozytywnym wynikiem cieszyć się mogło 54 procent, w liceach profilowanych zaś 42 procent maturzystów. Tyle mówią statystyki Centralnej Komisji Egzaminacyjnej. Co jednak kryje się za tymi liczbami? Jaki obraz polskich szkół się z nich wyłania? Uczących się w nich uczniów i uczących ich nauczycieli? Gdyż matura to skutek, gdzie zatem leży przyczyna?

Koszmar królowej nauk
Poziom zdawalności tegorocznej matury zaniżył przede wszystkim egzamin z matematyki. Matura z tego przedmiotu wypadła najgorzej od 2010 r., czyli od czasu, gdy stała się z powrotem przedmiotem obowiązkowym. Egzaminu tego nie zdał co czwarty zdający. Z maturą z języka polskiego tak źle nie było – zaliczyło ją 94 procent uczniów. Skąd ta prawie 20-procentowa różnica? W tym miejscu nasunęła mi się bardzo niepokojąca refleksja. Skoro  poziom zdawalności matury z języka polskiego jest stosunkowo wysoki, a przecież wystarczy włączyć telewizor czy poczytać artykuły i komentarze do nich w Internecie, by przekonać się, jak niska jest kultura języka polskiego w ...
[pozostało do przeczytania 77% tekstu]
Dostęp do artykułów: