Z życia marionetek

Po ponad miesiącu od ujawnienia przez tygodnik „Wprost” pierwszych nagrań w tzw. aferze taśmowej operacja ta robi wrażenie zatrzymanej w połowie, a jej przyczyny, cele, mocodawcy i możliwy ciąg dalszy pozostają dla opinii publicznej równie tajemnicze, jak były na początku.

Trudno na temat afery taśmowej stwierdzić coś pewnego poza tym, że zakulisowe siły wywierające wpływ na polską scenę polityczną na chwilę dały wszystkim do zrozumienia, że istnieją, obserwują nas, nagrywają – a jeśli o coś im chodzi, to mogą ujawnić część tych nagrań, taką, jaka w danym momencie jest im potrzebna. Ale do czego jest im potrzebna i komu to służy, o tym zwykli obywatele mogą sobie tylko pospekulować. Ta niewiedza otaczająca źródło nagrań i grę, którą to źródło prowadzi z rządem Donalda Tuska, jest dla zrozumienia sytuacji państwa bardziej znacząca niż jakakolwiek wiedza, która z ujawnionych taśm się wyłania. Ktoś czuwa nad tym, co robią nominalnie rządzący Polską politycy, a oni sami wykonują wymuszone przez ukrytego za kulisami reżysera ruchy, jak pociągane za sznurki marionetki w kukiełkowym teatrzyku.

Opinia publiczna nie widzi sznurków, do których te marionetki są przywiązane, ani ręki, która za te sznurki pociąga – ale widzi premiera, ministrów i innych dygnitarzy, którzy nawet nie próbują szarpać za sznurek, tylko starają się wykonywać płynne ruchy, żeby utrzymać wobec publiczności iluzję spontanicznego działania mechanizmów demokracji. Ale publiczność, która poza tym niewiele widzi, już się w 100 procentach zorientowała, że demokracja na polskiej scenie ma charakter iluzoryczny. Tyle afera taśmowa mówi nam na razie o stanie państwa. Reszty publiczność mogłaby się dowiedzieć, gdyby sama weszła na scenę, rozwaliła dekoracje i powyciągała ukrytych za kulisami macherów. Na razie tego, co jest za kulisami, mogą dociekać tylko dziennikarze śledczy. Publicyście pozostaje skupienie się na tym, co widać – to znaczy na udających ludzi kukiełkach...
[pozostało do przeczytania 81% tekstu]
Dostęp do artykułów: