Sekularyzacja sterowana

Ku czemu zmierza religijność Polaków? Niektórzy już dawno ją pogrzebali. Inni z nadzieją wypatrują dnia, w którym kościoły zostaną zamienione na supermarkety i dyskoteki. Ten dzień jednak nie nadchodzi.

Znaczna część socjologów zgodna jest co do tego, że procesy sekularyzacyjne przebiegają w Polsce inaczej niż w pozostałych krajach europejskich. Tu nic nie pasuje do jednoznacznych modeli, które próbowano za pomocą taniej kserokopiarki zastosować w polskiej rzeczywistości.
Przez długi czas w polskiej publicystyce lansowana była teza, zgodnie z którą modernizacja, która dokonuje się w Polsce od 1989 r., powinna skutkować także sekularyzacją. Przez sekularyzację rozumie się tu rozmaite zjawiska. Zarówno usunięcie z przestrzeni publicznej odwołań do religii, jak i zanik praktyk religijnych. Dla jednych sekularyzacja oznacza usunięcie się religii w cień i zredukowanie jej do wymiaru osobistego, dla innych całkowite wyrugowanie jej z życia jednostek. Jeśli ktoś wypowiada to magiczne słowo „sekularyzacja”, wcale nie musi się tłumaczyć ani wikłać w definicje. Sekularyzacja to taki fetysz, magiczne słowo, zabobon naszych czasów. Nie musi tu obowiązywać metodologiczna poprawność. Jeśli w coś się naprawdę wierzy, a intelektualiści naprawdę potrafię wierzyć w największą głupotę, jaka im do głowy przyjdzie – więc jeśli naprawdę w coś się wierzy, to jest się zwolnionym z tych nudnych i żmudnych tłumaczeń własnej postawy. Intelektualistom naprawdę z tym wygodniej.

Zabobony i gusła
Zwolennicy tej tezy przyjmują, że rozwój ekonomiczny i technologiczny społeczeństwa musi wiązać się także z przemianami obyczajowymi oraz ze zmianą stosunku do religii. Jako przykład podawane są państwa Europy Zachodniej, w której powojenny bum ekonomiczny, rozwój instytucji liberalno-demokratycznych, a także doświadczenie rewolucji obyczajowej z lat 60., spowodowały zanik praktyk religijnych, a następnie identyfikacji obywateli z ...

[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: