Bądźcie dzielne, dziewczynki

– Mama co jakiś czas wychodziła z plecakiem z domu i wracała po kilku dniach – opowiada Helena Cynalewska. – Znała góry, kochała je i rozumiała. Szła rzekomo po żywność na wieś, ale jak się potem okazało, przeprowadzała wojskowych przez granicę. Była kurierem. Zawsze żegnała się ze mną i z siostrą tak, jakby to było ostatnie pożegnanie. Był wieczór 2 kwietnia 1940 r. Do mieszkania wszedł najpierw sklepikarz ze Stanisławowa, Żyd. „Eto madame Cypryszewska” – powiedział, wskazując Antoninę Cypryszewską, po czym stanął pod ścianą, blisko drzwi, obserwując z zaciekawieniem dalszy przebieg zdarzeń. Enkawudziści rozeszli się po pokojach. W kuchni, za kotarą, zastali kilka osób. Na stole były rozłożone blankiety dokumentów przygotowane do podrobienia. Przeglądali je w milczeniu, czasami coś komentując. Kocioł w mieszkaniu trwał do 5 kwietnia. Wieczorem tego dnia podjechał pod dom samochód ciężarowy. Antonina Cypryszewska mocno przytuliła do siebie córki – 14-letnią Marysię, zwaną Niusią, i 9-letnią Helenkę, zwaną Lenką. Bolszewik szarpnął silnie za rękaw sukienki kobiety. „Bądźcie dzielne, dziewczynki” – to były ostatnie słowa matki.Dziadunio nietypowy W rodzinie Leny najważniejszy był „dziadunio”, ojciec matki, Bronisław Chądzyński. Dziadunio i babunia, pradziadunio i prababunia – tak, i tylko tak, jeszcze do dzisiaj, mówią wszyscy członkowie rodziny o swoich przodkach. Bronisław Chądzyński pochodził z ziemiańskiej polskiej rodziny, od wielu
     
6%
pozostało do przeczytania: 94%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze