Batiar, kibol, lwowska magia

Młodzież, która chce dziś zrozumieć, czym była niegdyś polskość, po prostu musi przeczytać „Lwowskie gawędy” Kazimierza Schleyena. Jeden spośród bohaterskich Orląt Lwowskich, które wywalczyły przynależność Lwowa do Polski, wiedział o tym mieście wszystko: które knajpy zamykane są dopiero o świcie i dlaczego kibice Pogoni Lwów lepsi są od Czarnych. Znał żebraków, chuliganów i profesorów, bo we Lwowie stanowili oni jedną ferajnę. To nie historia, tylko obrazki” – pisał o swojej książce Kazimierz Schleyen. Kim był? Wiemy o nim niewiele, bo prawie nie pisał o sobie. Czemu? Bo taki wyznawał system wartości. Nie znosił – jak powiedzieliby dziś kibole – napinki. Wówczas mówiono: blagi. Pisał, że nie wyobraża sobie, by we Lwowie karierę polityczną zrobił Mussolini, znany „teatralny mówca”. Dlaczego? „Toż byle »batiar« z galerii »zgasiłby« go jednym trafnym powiedzonkiem łamiąc jego karierę polityczną”. Batiar, czyli kto? Człowiek ulicy – powiedzmy językiem współczesnego polskiego hip-hopu. To tylko we wspomnieniach o utraconym mieście „batiar” kojarzy się wyłącznie dobrze. W języku współczesnych, gdy matka powiedziała do synka: „Ty mój słodki batiaru!”, była w tym tkliwość. Natomiast stwierdzenia „to batiaryga” albo „tam chodzi tylko biatiarnia” bywały ostrzeżeniem, że mamy do czynienia z osobnikiem lub miejscem, które pachnie mordobiciem. „Lwowiak niczym gołąbek był: grzeczny, uprzejmy, dobre serce miał, ale zaczepiać z nim niebezpiecznie. Obojętne, czy trafiło to
     
7%
pozostało do przeczytania: 93%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze