Pod znakiem wyborów

Na nic się zdała prowadzona w ostatniej chwili rosyjska ofensywa dyplomatyczna i obietnica 10 mln dolarów pomocy Kirgizji. Wybory jednak rządziły się swoimi prawami, a Moskwa nie była w stanie  skorygować wyroku demokracji. Po raz kolejny okazało się, że Rosja potrafi burzyć, ale nie bardzo wychodzi jej budowanie na gruzowisku. Na drugim krańcu imperium trwa cały czas zajadła walka z białoruskim prezydentem, którego Rosjanie – już nawet nie kryjąc się – próbują odsunąć od władzy. 19 grudnia na Białorusi odbędą się wybory prezydenckie i, jak się wydaje, Kreml postanowił skorzystać z okazji, by ostatecznie usunąć niewygodnego zawalidrogę. Od pół roku Moskwa prowadzi antyłukaszenkowską kampanię propagandową, jeden z kontrkandydatów w wyborach zasypuje kraj ulotkami, bannerami, drukami (wszystko wydrukowane w Rosji i za rosyjskie pieniądze). Ale już dziś widać, że Aleksander Łukaszenka znów wygra (czy też dokładniej – zostanie ogłoszony zwycięzcą). I po 19 grudnia Moskwa znów będzie sąsiadowała z wąsatym dyktatorem. W tej sytuacji w moskiewskich kręgach eksperckich rodzą się dość rozpaczliwe pomysły nieuznania wyników białoruskich wyborów prezydenckich. Ale taki ruch wysadziłby w powietrze większość struktur zjednoczeniowych, które Rosja z ogromnym trudem tworzy na postradzieckim terytorium, a których Białoruś jest ważnym ogniwem: WNP, wojskową ODBK i inne. Krótko mówiąc, trafił swój na swego. Po nowym roku oba kraje wrócą do starego kontredansu: Łukaszenka będzie udawał, że
     
18%
pozostało do przeczytania: 82%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze