INTEGRACJOODPORNI

Ideały europejskiej tolerancji mocno się wytarły w ostatnich miesiącach. Powiało absurdem. Jeszcze nigdy w historii nie mieliśmy tylu dyrektyw regulujących koegzystencje w warunkach tzw. wielokulturowości. Nigdy nie było tak wielu instytucji i urzędów poświęcających niebotyczne środki dla zakorzenienia w narodach wzniosłych ideałów. Społeczeństwo obywatelskie, tolerancja, integracja, walka z rasizmem i ksenofobią – hasła-wytrychy, a każde z nich obwarowane setką wytycznych. Politycznie poprawna nowomowa wytępiła ze słowników dziesiątki pojęć, nie cofnięto się nawet przed ocenzurowaniem prozy Agathy Christie. W Niemczech nie używa się oficjalnie określenia „obcokrajowiec”, preferowany termin to „osoba z zapleczem migracyjnym”, ostatnim hitem jest próba zastąpienia „Romów i Sinto” - „Europejczykiem rotacyjnym”.

Rewolucja na płaszczyźnie językowej jest w rzeczywistości działaniem zastępczym, kaprysem.

Po co rozdzierać szaty o to, by „Cygan” był „Romem”, jeżeli i tak planuje się pokazać mu drzwi? Chyba tylko po to, by stworzyć pozory szacunku dla grupy, którą się w istocie gardzi.

Wprawdzie uważam cię za pasożyta i urodzonego kryminalistę, ale pozwól, że na pożegnanie dowartościuję cię pełnym szacunku mianem. Na podobnych zasadach lewicujący Europejczycy kruszący kopię w obronie muzułmańskich imigrantów chyłkiem posyłają swoje dzieci do szkół dla rdzennych Europejczyków. Dziecko wychowane w duchu ateizmu, a uczęszczające do katolickiej czy ewangelickiej placówki, nie jest w Holandii, Niemczech czy Francji żadną osobliwością. Stojąca u podstawy tego typu decyzji hipokryzja cechuje większość naprawiaczy świata chętnie zabierających głos na temat dyskryminacji mniejszości etnicznych i narodowych. We własnych ogródkach składują inne kamyczki niż te, które z poczuciem misji i wyższości podrzucają sąsiadom. Kolejny meczet? Ależ oczywiście! Dobrze, że nie w mojej dzielnicy.

Taka postawa nie wzięła się z powietrza. Zmieniły się...
[pozostało do przeczytania 82% tekstu]
Dostęp do artykułów: