Moje dwie mamy i dawca spermy

Przecież nie o arcydzieło chodziło Cóż to za obrazek, który zasłużył na tak wysokie oceny po obu stronach Atlantyku? Zaczyna się jak klasyczna komedia rodzinna: przy stole siedzą dwie panie – Jules i Nic - i dwoje nastolatków – Laser i Joni. Pogadują, jak to przy kolacji, a to o dziewczynie Lasera, a to o gatunku wina, które właśnie piją, Jules dyscyplinuje chłopaka: „żadnych rozmów telefonicznych przy stole”. Ot, myśli sobie widz, dwie singielki wychowujące dzieci po rozwodzie. Ale oto Nic składa na ustach Jules namiętny pocałunek, dzieci zwracają się do obu pań „mamo”, a obie panie, oglądając gejowskie pornosy, uprawiają miłość w bardzo graficzny, powiedziałabym, sposób. Po prostu, Nic i Jules to dwie lesbijki, które 18 lat temu, przy pomocy dawcy spermy, zafundowały sobie dzieci, a żeby nie było kłótni, po jednym na głowę. Mimo to na horyzoncie pojawia się poważny problem. Joni, którą męczy sprawa nieistniejacego ojca, szuka i znajduje Paula. Majętny właściciel restauracji odpowiada na wezwanie i dochodzi do jego spotkania z Joni i Laserem. „Jak się macie?” – pyta Paul. „OK” – odpowiadają Joni i Laser. „Możecie pytać, o co chcecie” – zachęca Paul. „Nie mam żadnych specjalnych pytań” – odpowiada Laser. Obie strony patrzą na siebie z ciekawością, ale i nadzieją. Były dawca nasienia to dziś ustabilizowany emocjonalnie i finansowo, wciąż wolny mężczyzna, wcale gotowy do ojcowskich obowiązków. Sprawy idą dalej: restaurator proponuje Jules, aby zaprojektowała
     
18%
pozostało do przeczytania: 82%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze