Pociąg do Sadehu

Poprzednie miesięczniki

Szli drogą profesor Maruzek i profesor doktor habilitowany Zaszik, każdy myślał o innym fragmencie rzeczywistości, niewiele do siebie mówili, bo i po co i o czym mieliby rozmawiać. – Do widzenia kolego – znowu niespodziewanie odezwał się Maruzek i równie niespodziewanie odwrócił się i skręcił w las. Profesor doktor habilitowany Zaszik nawet go nie usłyszał. Przez chwilę co prawda zdawało mu się, że kolega coś powiedział, ale przecież wiadomo, że to deszcz i wiatr płatają takie figle. A profesor Maruzek nie pomny na pełne mądrości słowa kolegi Zaszika szedł coraz głębiej w las. Zgodnie z powszechnie znaną prawdą, że im dalej w las, tym więcej drzew, a w związku z tym coraz ciemniej, profesor szedł w gęstniejącym mroku, ale prawdę mówiąc nawet tego nie zauważył. Nie dostrzegł nawet, że mrok, deszcz i wiatr płatają mu nowego figla, bowiem przyroda cała jakby ustępowała mu z drogi, żadne zwalone drzewo nie zagradzało ścieżki, żadne krzaki, żadne chaszcze nie przesłaniały leśnej drogi. Dlatego profesor Maruzek szedł raźno, z głową lekko przechyloną na prawe ramię, nadstawiając lewe, to lepiej słyszące, ucho na gwizd dobiegający spomiędzy drzew. Bo profesor nie posłuchał habilitowanego kolegi i ufając swojemu ponadosiemdziesięcioletniemu zmysłowi, poszedł za zastanawiającym dźwiękiem. Poszedł, bo bardzo go ten dźwięk zaciekawił. Poszedł, bo tłumaczenie Zaszika go nie przekonało. Poszedł, bo sam sobie wmówił, że powinien. Leśna dróżka kręciła, zawracała, błądziła w gąszczu drzew i
     
28%
pozostało do przeczytania: 72%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze