Tusk – Marcinkiewicz bis?

Poprzednie miesięczniki

Nic nie robić... A więc mamy nowego Kazimierza Marcinkiewicza? Wbrew pozorom nie. Gdy bowiem uważnie spojrzeć na fenomen pierwszego PiS-owskiego premiera, łatwo dostrzec, że zaistniał on w dość specyficznych, niepowtarzalnych okolicznościach. Przede wszystkim nie był liderem obozu politycznego, który go na to stanowisko wysunął. To pozwoliło mu nabyć tej niesamowitej lekkości, by nie powiedzieć pustki, pozwalającej nie kłopotać się za bardzo sprawami kraju. Dziś wyraźnie widzimy to, co wtedy nie było tak jasne: że Marcinkiewicz nigdy nie potraktował tej misji z intencjami, jakie deklarował: jako czasowej, jako skoncentrowanej na kilku celach i jako służebnej wobec prezesa partii, która go wysunęła. Od pierwszego momentu dość konsekwentnie budował wizerunek dobrego premiera, kontrastującego ze złym prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Od początku (podkreślam, że wtedy nie było tego widać) kontestował, a w najlepszym razie lekceważył najważniejsze cele stojącego za nim obozu, takie jak dekomunizacja czy likwidacja patologicznych i związanych z Rosją postpeerelowskich służb specjalnych. Tylko dzięki temu kontekstowi Marcinkiewicz mógł uciekać od wyzwań państwowego przywódcy. Mógł po prostu bez żadnych konsekwencji niewiele robić. Dlatego miał aż tyle czasu i energii na swój PR. Jego następca Jarosław Kaczyński nie mógł już sobie na to pozwolić. Bo nawet gdyby chciał, to i tak nie miał na kogo zwalić ewentualnych niepowodzeń, zaniedbań i lenistwa.Medialna
     
27%
pozostało do przeczytania: 73%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze