Ostatni Mohikanie z Maciaszkowa

Pielęgniarka z armii Andersa

Oto los 87-letniej Weroniki Zajączkowskiej – kresowianka, zesłańca Syberii, żołnierza Andersa, z którego armią przeszła cały bojowy szlak, przez Bliski Wschód, bitwę pod Monte Cassino, aż po demobilizację na Wyspach Brytyjskich i emigrację za ocean. Wojny doświadczyła już jako 17-letnia, świeżo upieczona maturzystka. Podczas mobilizacji, w sierpniu 1939 r., sprzedawała kanapki na dworcu kolejowym w swoim rodzinnym Grodnie. Pamięta tamten 1 września – naloty samolotów niemieckich, wyjące syreny, bombardowanie miasta. W Grodnie stacjonował 67. Pułk Wojska Polskiego, tam spadło najwięcej bomb. Jej ojciec był urzędnikiem wojskowym, matka wychowywała pięcioro dzieci. Na front powołano jej najstarszego brata, służył w polskiej żandarmerii. Jego los do dziś jest nieznany.

Niemcom pomogli Rosjanie, zadając Polakom 17 września 1939 r. zdradziecki cios. Grodno broniło się jeszcze trzy dni, a co się potem działo, pani Weronika wylicza jednym tchem: eksterminacja inteligencji, bolszewickie prześladowania, wywózki w głąb Rosji.

– Jestem Sybiraczką – podkreśla, poprawiając okulary, w swoim jednoosobowym pokoju Domu Spokojnej Starości w Maciaszkowie. Opowiada piękną, kresową polszczyzną. 2 lutego 2009 r. otrzymała od polskiego rządu Krzyż Zesłańców Sybiru. Przekazała go do tworzonego Muzeum Historii Polski. Dlaczego? – Bo nasza młodzież niewiele o nas wie. A powinna! – tłumaczy swoją decyzję, choć Krzyż Zesłańców Sybiru bardziej się jej podobał niż ten za Monte Cassino.

Na Sybir NKWD zabrało ją z ojcem i dwoma braćmi: 19-letnim i 15-letnim. Przyszli po nich nocą, 10 lutego 1940 r., z bagnetami. Zima była okrutna, śnieżna, mróz do minus 40 stopni. Matka zemdlała, więc jej nie zabrali (dzieci nigdy już jej nie zobaczyły), ją samą wynieśli na rękach. Broniła się przed aresztowaniem. Zapakowali ich do wagonów towarowych jak sardynki w puszce i wieźli prawie miesiąc. Jedzenie przynoszono w...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: