Znikająca MAGIA

Dodano: 01/12/2011 - Numer 11 (69)/2011

Sól w oku „zielonych” Jeździli taborem jak Cyganie. Sypiali w przyczepach kempingowych na piętrowych łóżkach. Pracowali od świtu do zmierzchu. Najpierw do miejscowości przyjeżdżał pan Janusz, szukając miejsca na namiot – chodził od gospodarza do gospodarza. Czasami wystarczyło chłopu dać przysłowiową flaszkę. Potem przyjeżdżała pani Bogusia z plakatami i ulotkami. Dopiero wtedy przybywał tabor. Bywały problemy z postawieniem namiotu. Wtedy szukali chętnych do zarobienia paru groszy, takich, którzy  pomogliby przy wbijaniu potężnych szpil do podtrzymywania lin. Na głuchej prowincji o bezrobotnych chętnych do każdej pracy nietrudno. Przed przedstawieniem trzeba było jeszcze przygotować kostiumy i rekwizyty, uprażyć popcorn dla publiczności, nadmuchać balony, zrobić makijaż. I pomodlić się o to, by publiczność przyszła. Problemem polskich cyrków objazdowych jest ostra konkurencja. Jeśli zespół przyjedzie tydzień po innym – nie może liczyć na komplet publiczności. Na początku lat 90. dyrektorzy cyrków woleli też zatrudnić tanich artystów z Rosji. Ci jednak po kilku latach wyjechali na Zachód. Polskie cyrki zostały z niczym. Spadające zainteresowanie widzów doprowadziło do tego, że zespoły musiały odwoływać występy. Kłopoty sprawiali także wojujący pseudoekolodzy oskarżający całą instytucję cyrku o znęcanie się nad zwierzętami. O ile można było zrozumieć te zarzuty w stosunku do tresowanych tygrysów i lwów trzymanych nieraz w tragicznych warunkach, o tyle trudno
     
34%
pozostało do przeczytania: 66%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze