Will Durant, ciągłość dziejów i dziedzictwo ludzkości

Dodano: 31/05/2022 - Numer 06 (192)/2022
FOT. TWITTER
FOT. TWITTER

Cywilizacje mniej dzieli, a więcej łączy – przekonywał swoim wielkim dorobkiem. Człowiek zmienił się na przestrzeni kilkudziesięciu tysięcy lat mniej niż przypuszczają współcześni myśliciele – twierdził. I podawał na to liczne dowody, ukazując, jak wiele jest ciągłości między człowiekiem z jaskini, średniowiecznym rycerzem a dzisiejszym bywalcem teatrów czy widzem seriali.

Wciągu swojego długiego życia (1885 –1981) napisał pięćdziesiąt książek, czterdzieści pięć rozdziałów do książek zbiorowego autorstwa, ponad 150 artykułów, a do tego listy i polemiki, udzielił setek wywiadów i swoją twórczością objął dzieje ludzkości i dzieje myśli od pierwszego dnia historii do jego współczesności. Will Durant pozostawił po sobie szereg uniwersalnych spostrzeżeń dotyczących historii idei. Nowatorstwo Duranta ma jednak kilka mocnych założeń, na które nikt wcześniej nie zwrócił uwagi. W jedenastotomowej pracy „Historia cywilizacji” opisał niewiele wielkich wspólnot, jak babilońska, egipska czy zachodnia, lecz dzieje ujął jako nawzajem przeplatające się korzenie jednego drzewa ludzkości. Zachód od Mekki po Rzym jako jedna cywilizacja? Nie jest to postmodernistyczne mieszanie wartości, lecz wykazanie, jak wiele ze współczesnych wyobrażeń powstało tysiące czy setki lat temu. 

Amerykański filozof patrzył w przeszłość i widział nie Persów zwalczających Babilon czy barbarzyńców niszczących Rzym, lecz jedno, arcybogate i różnorodne dziedzictwo. „Możemy się zdziwić ucząc się, jak wiele niezbędnych nam wynalazków, naszych ekonomicznych i politycznych instytucji naszej nauki i literatury, naszej filozofii i naszej religii, wiąże się z Egiptem i Orientem” – pisał w pierwszym tomie swojego opus vitae. Durant widział między człowiekiem z maczugą a człowiekiem z rakietą atomową ścisłą ciągłość i przeglądając 6 tys. lat, tę ciągłość wykazał. Dostrzegał oczywiście, że Arabowie tworzą jedną wspólnotę, a ludzie z Bizancjum drugą, ale widział tam wiele podobieństw i wspólnych korzeni, a nie odrębności nie do przeskoczenia. 

Dziki człowiek zakłada cywilizację

Dzisiaj psychologia ewolucyjna opowiada nam, jak to człowiek żyje dziś w świecie nowoczesnych technologii, ale jego mózg, który wykształcił się dziesiątki tysięcy lat temu, nie nadąża za zmianami. Kiedyś trzeba było jeść na zapas, bo zimą brakowało zaopatrzenia, dziś jemy na zapas i tyjemy oraz nabawiamy się różnych chorób. Durant jeszcze przed rozważaniami psychologii ewolucyjnej widział, jak w obecnych czasach uwidaczniają się zwyczaje prehistoryczne, choć Amerykanin bardziej się tym zachwycał niż – jak to dzisiaj ma miejsce – przed tym przestrzegał. 

W takich łowczych, w mężczyznach z prymitywnymi dzidami, widział coś więcej niż szukanie pożywienia. Polowania – zdaniem autora „Historii cywilizacji” – wykształciły szereg cech u człowieka, który też uzależnił się od pewnych emocji związanych ze ściganiem i zabijaniem zwierząt. Nauczył się współpracy – do zabicia mamuta potrzebna była cała grupa współplemieńców – nauczył się specjalizacji – jeden rzucał dzidą, inny wbiją swoją w szyję stworzenia; przywykł do hierarchii – w oczekiwaniu na polecenie jednoczesnego ataku. Ale to nie wszystko – polowanie było nie tylko zdobyciem jedzenia, lecz także sztuką, dostarczało adrenaliny, bywało piękne, potem śpiewało się o nim pieśni, zostawiano w jaskiniach malowidła ścienne, powtarzano o tym legendy. Dziś polujemy poprzez zakupy w sklepie, „nie zabijając w terenie, ale nasze wspomnienia z pościgu trwają w tej radosnej pogoni za czymś słabszym, za zbiegiem, którego widzimy w grach, w zabawach naszych dzieci, a nawet w przekomarzaniach słownych” – przekonywał historyk, co niewiele później zaobserwował również Johan Huizinga w swojej pracy „Homo ludens”. Durant zaglądał do pierwotnej jaskini i widział dzisiejsze placówki kultury i skomplikowane systemy edukacyjne: „katedra i ratusz, muzeum i sala koncertowa, biblioteka i uniwersytet to tylko fasada, za którą kryje się pradawne polowanie”. Dostrzegać w dyrygencie czy wykładowcy dzikusa biegnącego za niedźwiedziem – oto ciągłość i przenikliwość amerykańskiego filozofa.

Narodziny rodziny, męskości i kobiecości

Tak wyglądają tysiące stron serii cywilizacyjnej Duranta – sięga do dalekiej przeszłości, a nagle zaskakuje nas współczesnym nawiązaniem. Opisuje na przykład, jak przed wynalezieniem pisma ścierały się dwa modele pokrewieństwa – klanowość i rodzinność. Dziś żyjemy w modelu rodziców opiekujących się dziećmi, ale na niektórych wyspach (Tahiti) czy w rozległej Afryce warunki życia wymagały zwartego klanu, by przetrwać. Kobieta mogła zajmować się także nie swoimi dziećmi i musiała traktować je tak samo, inaczej wioska nie przetrwałaby zawirowań, gdy dorośli musieli zmagać się z wyzwaniami przyrody. Gdzieś w opisach Duranta pobrzmiewa jednak pytanie – a co by było, gdyby to klanowość zdominowała nasze wyobrażenia o pokrewieństwie? Może nie żylibyśmy w mieszkaniach odgrodzonych od siebie ścianami, lecz w halach plemiennych podporządkowanych najstarszemu kapłanowi i najsprawniejszemu wodzowi? 

Z takimi pytaniami historyk oprowadza nas po kolejnych etapach ludzkości – o tym, jak kształtowała się rola mężczyzny i kobiety, ojca i matki, jak rosło znaczenie małżeństwa jako specjalnego, uświęconego obrzędu. To, co dziś jest oczywiste, tworzyło się przez tysiące lat prób i błędów, z których najwłaściwsza droga wyprostowała się dopiero setki lat temu. 

Jak wynaleziono korupcję i prostytucję

Początki zjawiska korupcji filozof dopatrywał się w starożytnym Egipcie, ale było to coś znacznie głębszego niż zwykłe wręczanie urzędnikom korzyści majątkowych. Faraon Echnaton miał być wściekły na kult Amona m.in. dlatego, że składanie w świątyniach ofiary uczyło specyficznego handlu – podarek za nieoficjalną łaskę. Ciekawe, że władca przegrał z kultem Amona i ostatecznie pamięć po nim była wymazywana, a kapłani Amona nadal zbierali od Egipcjan żywność i kosztowności, obiecując rozmaite przysługi z niebios. Czyż dzisiaj mniejszą wszechmocą nie wykazuje się lekarz biorący łapówkę za ocalenie życia na stole operacyjnym albo urzędnik przyjmujący kopertę za spełnienie marzenia – przyznanie zgody na budowę domu? Błędy ludzkości ciągną się za nami od tysięcy lat!

Rzecz jasna już w szkołach uczymy się o tym, jak to po Egipcjanach odziedziczyliśmy rok słoneczny, po Babilończykach system liczbowy, po Rzymianach litery, a po Arabach cyfry. Jednak nauka zawsze wzrasta na swoich poprzednikach, zaś Durant twierdzi, że nasze obyczaje i wyobrażenia także wynikają z wcześniejszych zjawisk, a nie – jak twierdzi wiele nurtów liberalnych – w przeciwieństwie do nich. Bo oprócz miar, wag i kodeksu Hammurabiego Babilonia pozostawiła nam na przykład prostytucję. Może się więc okazać, że wcale nie jest to najstarszy zawód świata, skoro Durant odnalazł jej korzenie, choć chodzi tu o coś więcej niż tylko oddawanie się mężczyznom za pieniądze, lecz o całą funkcję społeczną. Babilończycy rozdzielali religię od moralności i uważali, że powinny istnieć miejsca takich fizycznych zbliżeń, w których seks będzie rozwijany i udoskonalany. Dziś nazywamy je domami publicznymi czy już agencjami towarzyskimi, a wówczas między Tygrysem a Eufratem były to domy zbliżone swoją rolą do… świątyń. Specyficzne to podejście do prostytucji przebija jednak w niektórych aspektach społecznych, skoro swoje kurtyzany mieli królowie, a erotyka i pornografia jest dziś wręcz gałęzią rozrywkowego przemysłu – i to wszystko przez poddanych Nabuchodonozora.

Wynalazcy aparatu represji

Twórców państwowego i rządowego aparatu represji Durant upatrywał w Asyryjczykach. Ich rozległe i agresywne podboje wymagały nie tylko przestrzegania prawa, lecz także posłuszeństwa i gorliwości żołnierzy – tu nie wystarczy kodeks Hammurabiego i kilku sędziów, tu potrzeba całego systemu egzekwowania rozkazów. Pojawiają się pierwsze więzienia i obozy pracy, a po ulicach czy gospodach chodzą królewscy szpiedzy, słuchając, czy aby nikt nie krytykuje władzy. Tutaj dochodzimy do systemu rozwijania się cywilizacji, skoro Babilończycy stworzyli skodyfikowane prawo, a Asyryjczycy opracowali, jak karać za jego łamanie i w ogóle jak wykrywać sprzeciw wobec ustalonego porządku. Upraszczając i pozwalając sobie na publicystyczną licentia poetica, można powiedzieć, że prawzorem Konstytucji był Kodeks Hammurabiego, prawzorem Trybunału – kapłani egipscy, ale więzienia i śledztwa prokuratury dodali dopiero Asyryjczycy.

Oczywiście ludzkość w późniejszym czasie brała z tych źródeł w różnych proporcjach. Szwajcarzy mniej przypominają Asyryjczyków niż nazistowskie Niemcy czy okrutna i represyjna Rosja. Na innym fundamencie stoi rodzina w świecie chrześcijańskim, bardziej na klanach oparli się muzułmanie, a całość klanowych zasad zachowały niektóre plemiona w Afryce. Dla Duranta jednak kolejne pokolenia i kolejne kultury dobudowywały nowe zjawiska, które ubogacały ludzką cywilizację.

Cywilizacja w miastach, a barbarzyńcy ze wsi

Dodatkowo historia przyśpiesza – zjawiska, które dawniej rodziły się przez tysiące lat – zaczęły powstawać w setki lat, a dziś niektóre pojęcia (na przykład płci) zmieniają się każdego roku. Grecy i Rzymianie zostawili nam ogrom wyobrażeń i myśli, filozofię i naukę, zwyczaj debatowania jako dochodzenia do prawdy, ale też prozaiczne rozwiązania, jak adopcja dzieci. W Starożytnym Rzymie zrodził się też podział na – nazwijmy to współcześnie – postępowe miasta i konserwatywną wieś. Chrześcijaństwo szybko przejmowało ludność metropolii, zaś z trudem przekonywało do siebie peryferie i prowincję. Słowo „poganin” pochodzi od łacińskiego „pagus”, czyli wieś – bo właśnie na wsi bogowie niechrześcijańscy ostali się najdłużej. 

W miastach Durant dostrzega też inne oznaki życia, z którymi borykamy się dzisiaj. Rzymianie byli towarzyscy, zabawowi, ale też nie tak twardzi, można by powiedzieć, że zniewieściali. To dlatego barbarzyńcy mieli ułatwione zadanie w zdobywaniu imperium, gdy bogactwo i konsumpcjonizm zapanowały w stolicach i metropoliach. O najeźdźcach, dziś będących synonimem gburów i dzikusów, Durant pisał: „Choć brakowało im uprzejmości i wdzięku kulturalnych ludzi, często nękali Rzymian swoją odwagą, gościnnością i uczciwością”. Wynika z tego, że wielkomiejska codzienność uczy też gier i intryg, które demoralizują. Barbarzyńcy „byli indywidualistami aż do granic anarchii, gdy zaś Rzymianie miłowali towarzystwo i pokój”.

Rywalizacje religii

Oczywiście największym dziedzictwem tamtych czasów było chrześcijaństwo wraz z całym repertuarem moralności i duchowości. Dla Duranta jest to czołowe osiągnięcie ludzkości, bo właśnie wiara w Boga Nowego Testamentu uczyniła nas najbardziej rozwiniętymi, najmniej zwierzęcymi. W jednym z wywiadów historyk mówił: „Wciąż sprzeciwiamy się przekonaniu, że człowiek wciąż jest zwierzęciem. Najgłębszą rzeczą w jego naturze jest instynkt przetrwania instynkt łowiecki”. Potem zaś ludzkość zaczęła wytwarzać kulturalnę presję, społeczne zasady, które coraz bardziej wyróżniały nas od zwierząt. „Moralność toczy trudną walkę przeciwko tym dwóm dziedzictwom [przetrwanie i łowiectwo]. Musimy dostrzec ogromną trudność w przekształceniu zwierzęcia i myśliwego w obywatela, cywilizowanego człowieka” – przekonywał badacz pod koniec życia. To właśnie chrześcijaństwo tego przekształcenia dokonywało w największym stopniu, a Zachód zaczął ją w pewnym momencie odrzucać. „Dwudziesty wiek zbliża się do końca, nie znajdując jeszcze naturalnego substytutu religii w przekonywaniu ludzkiego zwierzęcia do moralności” – zauważał Durant, zaniepokojony, że bez tych zasad dojdzie do zła i upadku naszej części ludzkości. Między innymi z tego powodu historyk upatrywał w Dalekim Wschodzie dynamikę rozwoju, której zaczęło brakować Zachodowi. 

A przecież 800 lat temu ta dynamika wynikała z rywalizacji między kręgami cywilizacyjnymi. Historyk szeroko opisuje, jak świat arabski i chrześcijański ścigały się w dziedzinie rozwoju naukowego w pierwszych wiekach II tysiąclecia. Ośrodki koraniczne od Hiszpanii po Damaszek rozwijały astronomię i medycynę, zaś w odpowiedzi papiestwo powoływało uniwersytety i zakony, przepisujące księgi. Była to więc inna rywalizacja niż Egiptu z Babilonią, które walczyły ze sobą na polu bitwy, lecz pojedynek na osiągnięcia intelektualne, duchowe i społeczne. Przy czym Durant rozpoczyna też snucie opowieści, którą wszyscy historiozofowie widzą jedynie w zachodniej wspólnocie – narodziny narodów. Inaczej myśl rozwija się na gruzach rzymskich miast w Italii, a inaczej na wyspiarskiej Anglii, która musiała koncentrować się na odpieraniu francuskich wpływów. Włochy zatem wykształcą osobną estetykę, a w Londynie rozrastać się będą koncepcje polityki i rozgrywek międzynarodowych. Zachód będzie więc budował w rozległym nurcie gotyckim, ale każdy krąg kulturowy będzie miał swój odrębny wariant. Wyspiarskie ciężkie i grube ściany będą różniły się od lekkich i wzniosłych konstrukcji Paryża. Ta różnorodność jest niejako prababką różnic narodowych, tylko że dziś oddziela nas nie tylko konstrukcja witraży, lecz narodowa literatura, postrzeganie przeszłości czy cechy poszczególnych nacji. Tak jak człowiek idzie do kina poczuć adrenalinę pradawnego łowcy, tak Brytyjczyk będzie patrzył na politykę chłodno jak średniowieczni Normanowie – ciągłość cywilizacyjna nadal trwa, nieważne czy ma 50 tys. lat czy zaledwie 800.

Krytyka i podziw dla chrześcijaństwa

Ciągłość między dorobkiem ludzkości trwa nie tylko w czasie, lecz także w przestrzeni. Durant opisuje, jak wiele kręgi arabskie, greckie i łacińskie zapożyczyły od siebie. Od wielkich intelektualnych wyzwań, jakimi były tłumaczenia klasyków greckiej filozofii, przez artystyczny kunszt mozaiki, która przywędrowała z Bizancjum do Francji, po politykę, gdzie władza świecka i duchowa walczyły ze sobą o miejsce na piramidzie władzy. Historyk z jednej strony ulega mitowi o „ciemnych wiekach” średniowiecza, w których miał nastąpić intelektualny regres, a z drugiej strony całe rozdziały poświęca rozwojowi ludzkiej myśli: uniwersytety, szkoły, biblioteki, przepisywanie ksiąg, spory i debaty, filozoficzne traktaty i wiele innych. Właściwie osiągnięciom średniowiecza autor poświęca więcej miejsca niż tym mitycznym wiekom postępu jak XVIII czy XIX stulecie. Można więc powiedzieć, że i Durant padł ofiarą ciągłości – zaczerpnął wnioski z oświeceniowych kpiarzy deprecjonujących średniowiecze, gdy sam wymieniał długą listę argumentów, które tym wnioskom przeczyły. 

Przy czym trzeba wspomnieć, że trzeci tom „Historii cywilizacji” był wyrazem szczególnego uznania dla chrześcijaństwa, opisując przełom er – przed Chrystusem i po Nim – jako wzajemne współtworzenie się Zachodu poprzez przenikanie cezarowego cesarstwa Rzymskiego z duchem chrześcijaństwa. Jeśli w obronie uciśnionych niewolników wystąpił Spartakus – przegrał, jeśli kilkadziesiąt lat później zrobił to Jezus – wygrał. Oba zjawiska były możliwe dzięki strukturze imperium, które stało się areną dziejów z wzajemnie wykluczającymi się wizjami ustroju i społeczeństwa. Można powiedzieć, że kultura Rzymu proponowała rozwiązania polityczne, które okazywały się przegrywać z analogicznymi propozycjami chrześcijaństwa. Nie tylko wizje Spartakusa uległa Chrystusowemu zbawieniu, nie tylko świątynie chrześcijan okazały się trwalsze i mądrzejsze niż pogański kult świętowania i obrzędów. Gdy cesarz Dioklecjan próbował naprawiać ekonomiczne nierówności i wyzysk, jego edykty i prawa upadły pod ciężarem ludzkiej natury – nie udało się narzucać cen, upaństwawiać ośrodków produkcji, podatkami wyrównać różnic majątkowych. Jezus, który te różnice nakazał znosić z pokorą i pracować sumiennie z oczekiwaniem na zapłatę po śmierci, okazał się pozostawić nam wielokrotnie trwalsze dziedzictwo. Można więc powiedzieć, że cesarstwo i jego elity proponowały i forsowały spektakularne rozwiązania, które stosunkowo szybko kończyły swój żywot, zaś ciche i nieoficjalne postulaty chrześcijan dojrzewały stopniowo i pozostawiały trwalsze i stabilniejsze dziedzictwo.

Wybitni ludzie i ich niewybitne plany

Dla Duranta cywilizacja dzieli się na obfite w kluczowe wydarzenia centrum i mniej aktywne peryferie. Polska wypadła tutaj drugorzędnie, choć i ona była sceną ważnych rozgrywek kulturowych i militarnych. Historyk jednak koncentrował się na przemianach we Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii i czasem Italii, których twórcze ruchy emanowały potem na pozostałe kraje. Stąd właśnie Durant tak wiele miejsca poświęcał garstce myślicieli, władców i polityków zachodniej Europy. Ludwik XIV, kardynał Mazarin, a potem Wolter czy Rousseau mieli według niego większy wpływ na ludzkość niż miliony chłopów uprawiających ziemię czy stopniowe procesy gospodarcze kilku stuleci. Z drugiej strony – to u historyka widać bardzo wyraźnie – te drogi, na które cywilizację pchnęły decyzje władcy Francji czy traktaty myślicieli oświecenia, może i były szybkie i spektakularne, ale za to niezwykle kruche. Mocarstwo króla słońce z wyżyn swojej potęgi szybko wpadło w długi i spirale degenerujących się elit, a Wolteriańska wolnomyślność i tolerancja zaprowadziły ludzkość do totalitarnych rozwiązań rewolucji francuskiej. Człowiek jawi się tutaj jako pełen nieprzemyślanych kroków, intencji, które obracają się przeciwko niemu, ta niestabilność jego myśli i czynów nie pozwala nam trwale oprzeć się na jego propozycjach. Podobnież było z Napoleonem – ostatecznie zwyciężył nie on, a rozwiązania prawne i koncepcje narodowe, jakie zarysowały się podczas jego burzliwego panowania. Można powiedzieć, że między wierszami prac Duranta wyłania się człowiek z wolną wolą i wielkim wpływem na historię, ale ten wpływ jest inny niż jego twórcy by sobie wyobrażali. Czyż nie jest to podobne do zrywów Spartakusa, Cezara i Dioklecjana, których kampanie i wizje rozpadły się, czasem jeszcze za ich życia, a wytrwały mozolnie i cicho realizowane wizje, na przykład chrześcijaństwa?

Trudna współczesność

Właśnie o obumieranie tych długoterminowych procesów Durant oskarżał współczesność. Jeśli mamy w sobie okiełznać zwierzęcość, potrzeba czegoś więcej niż dyktatorów i prezydentów, choćby nie wiadomo jak mądrych i przenikliwych. To silna i rozległa kultura, a także religia, mogą dostarczyć społeczeństwu konstrukcji, na której się ono utrzyma. Bez tego czeka nas to, co Duranta najbardziej przerażało – chaos. Właśnie obumieranie trwałych idei martwiło historyka, który większy potencjał na stabilność i moc zaczął dostrzegać w Dalekim Wschodzie. Już w połowie XX wieku, gdy USA było wielką potęgą, Związek Sowiecki zdawał się dominować nad Azją, filozof widział rosnącą potęgę – cywilizacyjną właśnie – gdzie indziej. „W tym historycznym momencie gdy przewaga Europy tak nagle zbliżą się do końca, gdy Azja rośnie swoim zmartwychwstałym życiem a wątek XX wieku zmierza do pełnego konfliktu między Wschodem a Zachodem – prowincjalizm naszej tradycyjnej historii, […] staje się nie tylko akademickim błędem, ale prawdopodobnie fatalnym fiaskiem perspektywy i inteligencji. Przyszłość zwraca się w stronę Pacyfiku i nasze zrozumienie musi tam podążać” – przekonywał. 

W pismach Duranta mamy więc kolejną diagnozę i zapowiedź schyłku Zachodu i kolejne wezwanie do sformułowania wielkich, uniwersalnych idei, a nie rozrywania pomniejszych kwestii, na przykład zbrojeń czy produkcji stali, pomiędzy państwowymi graczami. Potrzeba tu jednak większych idei, porywającej myśli, ale kto teraz mógłby nam ją podsunąć?

 

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze