Sprawa honoru. Polska misja Arthura Bliss Lane’a

Dodano: 31/05/2022 - Numer 06 (192)/2022
FOT. JERZY BARANOWSKI/PAP
FOT. JERZY BARANOWSKI/PAP

„Słuchaj, Arthur, te rzeczy po prostu mnie nie interesują. Nie chcę, by zawracano mi nimi głowę” – usłyszał w lipcu 1945 roku od sekretarza stanu niedawno mianowany ambasador USA w Polsce Arthur Bliss Lane. Spotkali się w Paryżu. James F. Byrnes, nowy sekretarz stanu, zamknął mu przed nosem drzwi samochodu, gdy ambasador usiłował omówić z nim stosunki sowiecko-amerykańskie w polskim kontekście.
Warszawa 04.1946. Wizyta w Polsce byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Herberta Hoovera. Nz. prezydent Hoover (P), ambasador USA w Polsce Arthur Bliss Lane (2P) wśród ruin Starówki.

Siedemdziesiąt siedem lat później takie spotkanie wyglądałoby zupełnie inaczej. Stany Zjednoczone odbyły długą drogę od naiwnych złudzeń Roosevelta, poprzez tragiczną śmierć Kennedy`ego, chwiejność Nixona, po przenikliwość i odwagę Reagana, waleczność Trumpa i obecną determinację Białego Domu. Determinację, by spokojnie patrząc w oczy zjawisku zwanemu Rosja, zdecydować się uwolnić świat od jego szaleństwa.

„Widziałem Polskę zdradzoną”

W swoich wspomnieniach Arthur Bliss Lane szkicuje początki tej wyboistej i niekiedy zawiłej drogi, nie szczędząc czytelnikom dramatycznych szczegółów, nie ukrywając nonszalancji i odporności na argumenty zbyt pewnych siebie swoich rodaków. („Może pan dużo wiedzieć o sprawach międzynarodowych, ale nie rozumie pan polityki amerykańskiej”, rzucił z irytacją prezydent Roosevelt po usilnych namowach ze strony jednego z wysokich urzędników Departamentu Stanu do podjęcia bardziej stanowczych działań wobec Stalina – zanotował Bilss Lane). 

„Widziałem Polskę zdradzoną” – wspomnienia Arthura Blissa Lane’a (1894–1956), ambasadora Stanów Zjednoczonych w naszym kraju w latach 1945–1947, jeszcze niedawno, gdy wydano polskie tłumaczenie, stały się politycznym i literackim przebojem. Jakiekolwiek błędy popełnialiby przywódcy tego państwa, sympatia Polaków do Ameryki nigdy nie wygasła, ożywiana westernami, paczkami z UNRRY, wspomnieniami zrzutów nad powstańczą Warszawą, antykomunizmem Reagana. Zapis tragicznych wydarzeń z pierwszych lat okupacji sowieckiej w Polsce, widzianych oczyma uczciwego Amerykanina, gorącego patrioty, wzbudził ogromną falę wspomnień, gorących debat i dyskusji. 

Fakt historyczny był faktem. „Trzy mocarstwa pod dyktatem jednego zdecydowały o podziale świata na strefy wpływów, a raczej własności oraz podległości politycznej i ideologicznej. Nie mogło to zapewnić pokojowego i sprawiedliwego ładu na przyszłość, jak dumnie zaraz po wojnie głoszono” – tak moment, gdy Bliss Lane pojawił się w Polsce, podsumował jeden z recenzentów książki, Marek Klecel. I tę żabę, jako sympatycy, a wręcz entuzjaści Stanów, musieliśmy po prostu przełknąć, co wspomnienia ambasadora raz jeszcze sugestywnie przypomniały.

Ambasador bez ambasady

Prezydent Roosvelt mianował Arthura Bliss Lane`a ambasadorem USA przy Rządzie RP na Uchodźstwie już we wrześniu 1941 roku, jednak nigdy nie pojawił się on w tej roli w Londynie. Amerykanie po wkroczeniu Sowietów do Polski przyjęli postawę wyczekującą.

Będąc „ambasadorem bez ambasady”, starał się pozyskać jak najwięcej informacji nie tylko o Polsce, lecz przede wszystkim o zamiarach swojego kraju wobec niej. Okazało się to zamiarem niewykonalnym. W czerwcu 1944 roku o sytuacji Polski z amerykańskim prezydentem rozmawiał Stanisław Mikołajczyk; Bliss Lane skorzystał z okazji, by przekazać swoją opinię. 

„Powiedziałem, że bardzo istotnym byłoby wywieranie nacisku na rząd sowiecki, by podtrzymać niezależność Polski, i dodałem, że jeśli nie zademonstrujemy naszej siły w chwili, gdy mamy największą armię, marynarkę i siły powietrzne na świecie, a prezydent otrzymał właśnie kolejny mandat od swojego społeczeństwa – nie wiem, czy kiedykolwiek będziemy silniejsi” – zanotował we wspomnieniach. „Na co prezydent odpowiedział ostro i z nutą sarkazmu – »Czy chcesz, bym poszedł na wojnę z Rosją?«. Odpowiedziałem, że nie to miałem na myśli, lecz to, by przyjąć ostrą linię i z niej nie schodzić, wówczas, miałem tego pewność, osiągnęlibyśmy nasze cele. Jednak prezydent miał inną wizję wolnej Polski. Powiedział, że ma pełne zaufanie do słów Stalina i pewność, iż ten się z nich nie wycofa”.

Po śmierci Roosevelta, w przeddzień konferencji poczdamskiej, Arthur Bliss Lane wracał do sprawy Polski i usilnie starał się omówić ze swoim przełożonym ten „jeden z najbardziej drażliwych tematów stojących przed USA”, ale nadal trafiał na mur oporu.

Ameryka czekała. Stalin nie jawił się tu jeszcze jako zbrodniarz i skrajnie niebezpieczny przeciwnik. Biss Lane wciąż nie mógł wyjechać do Warszawy.

Marek Klecel dodaje: „Nie było zgody nawet na jego akredytację przy rządzie polskim w Londynie, gdyż obawiano się zapewne, że to może urazić Stalina. Postawiono go w sytuacji faktów dokonanych: kapitulacji w Jałcie, konferencji w San Francisco, a zwłaszcza uznania przez USA Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Na początku lipca 1945 r. został ambasadorem nie przy legalnym Rządzie RP na Uchodźstwie, lecz przy uzurpatorskim rządzie w Warszawie”.

Jego misję w Polsce pod kuratelą Moskwy określano później jako beznadziejną. „Do tego jego własne władze nie wprowadziły go w pełni w kulisy polskiej sytuacji, w stan rozmów ze Stalinem, w ogólną tendencję polityki zachodnich aliantów wobec dominacji Związku Sowieckiego. To Ciechanowski [Jan Ciechanowski – w latach 1941–1945 ambasador RP w Waszyngtonie – przyp. EPP] wyjaśniał mu utajnione wyniki konferencji w Teheranie, jak i dalszą politykę ustępstw wobec żądań Stalina. Lane pozostał długo ambasadorem nominalnym, w istocie nieczynnym” – zaznacza Marek Klecel.

Mieć oczy szeroko otwarte

Bliss Lane nie zamierzał jednak zamykać oczu na rzeczywistość. Od pierwszego niemal dnia pobytu w Polsce dostrzegał groźny wymiar splotu zmowy, kłamstwa i przemocy – to wszystko, co paraliżowało nasz kraj już od chwili zakończenia wojny – oraz hańbę milczenia świata wobec dokonywanych tu zbrodni. Znakomicie wykorzystał sposobność, by przyjrzeć się uważnie błędom popełnianym przez Zachód, wyciągnąć z tego wnioski, a następnie upublicznić wiedzę, do czego ostatecznie doprowadziła krótkowzroczna polityka mocarstw zachodnich, które dały Stalinowi swobodę sprawowania kontroli nad Europą Środkową i Wschodnią.

Jednocześnie zdawał sobie sprawę ze znaczenia sprawy polskiej – w tamtych latach było to dość niezwykłe – nie tylko dla państwa amerykańskiego, lecz także dla świata. Dostrzegał to nie tylko w kontekście strategicznego położenia Polski, jej możliwości gospodarczych i tego, że miliony obywateli jego własnego kraju miały polskie pochodzenie. Żywił głębokie intuicyjne przekonanie, że tworzenie na terenie Polski państwa policyjnego, likwidacja opozycji i wszelkich dążeń niepodległościowych przez unicestwienie wolności słowa, oznaczało coś więcej niż zdławienie demokracji w tej części Europy. Przewidywał, że na końcu tej drogi będzie zupełnie już bezczelne ukazanie dążenia Rosji do światowej dominacji poprzez uzależnienie kolejnych państw europejskich, „aż do chwili, gdy przyjdzie kolej na Stany Zjednoczone”. Mówił, że zamykanie przez Zachód oczu na to, czym jest imperializm komunistycznej Rosji, jest najkrótszą drogą do postawienia pod znakiem zapytania czegoś tak podstawowego jak „nasze własne istnienie”. Jego intuicja znajduje dziś pełne potwierdzenie.

Na placówce wśród ruin 

Ten absolwent University of Yale, wytrawny dyplomata – karierę dyplomatyczną zaczynał po 1918 roku właśnie w Polsce, gdzie został sekretarzem placówki amerykańskiej – pomimo braku oparcia w rządzie starał się pełnić służbę w naszym kraju zgodnie z etosem zawodu czy nawet ze swoim powołaniem. W drodze do Warszawy zatrzymał się z własnej inicjatywy na nocleg w Poczdamie, gdzie obradowała wielka trójka. USA reprezentował nowy prezydent Harry Truman.

W obrazie Warszawy, którą ujrzał 1 sierpnia 1945 roku, przypominającej jedno wielkie gruzowisko, dostrzegł jakby zapowiedź rozwiania się jego nadziei. „Była jedną z najpiękniejszych stolic Europy. Teraz zaś [...] swąd dymu dawnych pożarów wisiał w powietrzu, a przyprawiający o mdłości, słodkawy odór rozkładających się ciał ludzkich ostrzegał, że wkraczamy do miasta umarłych. [...] Moje oczy szukały nadaremnie jakiegokolwiek znanego placu lub budynku, dopóki w centrum, w Alejach Jerozolimskich, nie zobaczyłem dwóch poczerniałych wież z pogiętego metalu; nagle pojąłem, że to było wszystko, co pozostało z luksusowego niegdyś dworca kolejowego”. 

Gmach ambasady USA w Alejach Ujazdowskich, jak i wcześniejsza siedziba przy Foksal, był także kupą gruzów; Bliss Lane musiał ulokować swoją placówkę w kilku pokojach warszawskiego hotelu Polonia, jednego z nielicznych ocalałych budynków stolicy.

Gdy spadają maski 

Choć Stany Zjednoczone oferowały daleko idącą pomoc zniszczonej Polsce, strona komunistyczna stawiała swoje warunki. „[…] Nie zgodzono się na amerykańskiego szefa pomocowej organizacji UNRRA, lecz wprowadzono rosyjskiego, Michaiła Mieńszykowa” – przypomina Marek Klecel. „Lane miał koordynować dostarczenie z Francji tysiąca ciężarówek z wojskowego demobilu, czym polscy komuniści nie byli zbytnio zainteresowani. Ambasador odradzał swym władzom udzielanie Polsce kredytów bez sprawdzenia warunków bezpieczeństwa i stanu przestrzegania prawa. Rząd amerykański zlekceważył ostrzeżenia swego dyplomaty i przyznał Polsce duży kredyt, co Lane, znający już sytuację w sowietyzowanym kraju, uznał za własną porażkę.

Widział też na każdym kroku, że polskie władze nie mogą samodzielnie podejmować decyzji, muszą uzgadniać je z czynnikami sowieckimi. Utrudniano Amerykanom kontakt z władzami w Waszyngtonie, korespondencję, założenie radiostacji. Depesze na Zachód szły przez Moskwę, były zatem kontrolowane i cenzurowane. Zdarzały się wypadki aresztowania obywateli pochodzenia amerykańskiego. Lane z trudem dostał się przed oblicze ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza, by w ich sprawie interweniować. Wszechwładny Radkiewicz, którego oglądał pierwszy i ostatni raz, zbył amerykańskiego ambasadora dyplomatycznymi obietnicami, z których nic nie wynikło. Lane szybko się zorientował, że nie był to przypadek, lecz jeden z wątków represji stosowanych przez nowych władców Polski, którzy nie wahali się przed prowokacyjnymi działaniami także wobec obywateli amerykańskich. Był w tym też ślad sowieckiego NKWD, które we wszystkich cudzoziemcach widziało szpiegów”.

Bliss Lane mógł obserwować osobiście akcję represji wobec Polskiego Stronnictwa Ludowego i Mikołajczyka, którego zamierzano wyeliminować z życia politycznego. Ludzie PSL-u byli w całym kraju ścigani i zastraszani. „W 1945 r. zaginął i nie został odnaleziony Władysław Kojder, w Łodzi zamordowano Bolesława Ściborka i oskarżono o to jego własną partię. Właśnie z tym wiązało się aresztowanie w połowie 1946 r. polskiej pracowniczki ambasady USA Ireny Dmochowskiej, która nagle zniknęła i dopiero po interwencjach odnalazła się w więzieniu UB. Ambasador postarał się o widzenie z nią, oczywiście w obecności władz UB”.

„W końcu – zanotował we wspomnieniach tę scenę – znaleźliśmy się w pokoju kapitana [Adama] Humera, urzędnika o wyglądzie złoczyńcy, który uprzedził mnie, abym nie zwracał się do pani Dmochowskiej po angielsku i nie zadawał pytań mających związek z jej sprawą”.

Irenę Dmochowską usiłowano wmontować w zabójstwo Bolesława Ściborka, przypisując jej także kontakty z PSL. W trakcie brutalnego śledztwa zmuszono ją, by przyznała się do niepopełnionych czynów. Dostała pięć lat więzienia. 

„Wolne” i „nieskrępowane”

Najważniejszymi sprawami, którymi wypadło mu się w Polsce zająć, były wybory do Sejmu w 1947 roku – miały być one „wolne i nieskrępowane”, w myśl zapisów Jałty i Poczdamu – a także udzielenie Tymczasowemu Rządowi Jedności Narodowej kredytów (90 mln dolarów); rekompensata za znacjonalizowane mienie amerykańskie; zwolnienie z więzień osób deklarujących amerykańskie obywatelstwo oraz możliwość swobodnego relacjonowania wydarzeń w Polsce przez amerykańskich dziennikarzy.

Razem z ambasadorem brytyjskim Victorem Cavendish-Bentinckiem zorganizował szesnaście zespołów obserwujących przebieg głosowania do Sejmu. Do Waszyngtonu i Londynu trafiły wkrótce obszerne raporty, w oparciu o które bezapelacyjnie uznano, że wybory w Polsce były pogwałceniem postanowień z Jałty i Poczdamu, gdyż cechowały je „przemoc i oszustwo”. 

„Regulamin wyborów przewidywał głosowanie tajne, toteż ze zdziwieniem zauważyłem, że wielu wyborców wyraźnie pokazywało kartkę z dużym, czarnym numerem »3« przed włożeniem jej do koperty” – notował we Wspomnieniach. „Wkrótce jednak odkryłem, że członkowie komisji wyborczej zaznaczali na liście nazwiska osób, które głosowały tajnie, nie pokazując numeru listy. Zakonnice i księża niezmiennie głosowali tajnie, zgodnie z prawem” – pisał o wyborach. Komuniści od razu zapisywali nazwiska głosujących tajnie i odhaczali tych, którzy poparli listę komunistów z numerem 3.

Wyzwolenie przez zniewolenie

Tak pointuje Marek Klecel ocenę sytuacji Polski, jakiej musiał dokonać amerykański ambasador. Gdy krótko po referendum doszło do pogromu Żydów w Kielcach i gdy Bilss Lane dowiedział się od przedstawicieli rządu, że było to dzieło „band narodowego podziemia”, nie miał wątpliwości, że miała miejsce klasyczna prowokacja sił bezpieczeństwa. Komuniści usiłowali skierować uwagę Polaków na wydarzenia w Kielcach, by przestano roztrząsać wyniki referendum i by móc zarazem oskarżyć opozycję o antysemityzm i terroryzm, niszcząc przy okazji naszą dobrą opinię w oczach Zachodu – opinię kraju ratującego Żydów w czasie wojny.

 Bliss Lane nie mógł być tylko biernym obserwatorem. Sytuacja wymagała, by zajmował stanowisko wobec ewidentnych działań komunistów przeciw suwerenności Polski. Rząd Stanów Zjednoczonych był o tym stale informowany, a ambasador upominał się o stanowczą reakcję. „Znalazł się w jeszcze bardziej niewygodnym położeniu, gdy pewną niejasną wypowiedź wysokiego urzędnika amerykańskiego o granicy na Odrze i Nysie wykorzystano do rozpętania histerii, twierdząc, że Amerykanie kwestionują tę granicę, sprzyjają Niemcom i ich planom powrotu na polskie na Ziemie Zachodnie” (Marek Klecel).

Jesienią 1946 roku wyjechał do USA, by odbyć konieczne konsultacje i uzyskać wskazówki rządu. Alarmując, że Polska coraz bardziej ulega Moskwie, zalecał zerwanie z amerykańską polityką ustępstw – tym nieszczęsnym spadkiem po Roosevelcie. Przekonywał, że pomoc finansowa Stanów powinna być warunkowa. Waszyngton trzymał się jednak dawnej linii. Amerykanie nie widzieli alternatywy dla Stalina. 

„Po powrocie do Warszawy w grudniu 1946 r. zastał sytuację polityczną w punkcie krytycznym. Wybory wyznaczono na 19 stycznia 1947 r. Mikołajczyk zwrócił się do ambasadora z dramatycznym apelem o poinformowanie Zachodu o prześladowaniach politycznych w Polsce. Przedstawił cały raport, w którym wyszczególniono represje zwłaszcza wobec PSL i jego członków: rewizje i aresztowania, zmuszanie do współpracy z UB, usuwanie z pracy, demolowanie siedzib stronnictwa, podrzucanie broni i ulotek, rozpędzanie wieców. Wreszcie raport wymienia napady i pobicia działaczy PSL, stwierdza, że zamordowano 110 członków tej partii, podkreślając, że w niektórych wypadkach znano sprawców – funkcjonariuszy UB. Lane znalazł się bardzo blisko tych wydarzeń. Niedługo przed wyborami aresztowano znanego mu hrabiego Ksawerego Grocholskiego, który pozostawał w przyjacielskich stosunkach z ambasadorem brytyjskim Victorem Cavendishem-Bentinckiem. Grocholskiego oskarżono o kontakty z podziemiem i obcą ambasadą. Wyrok śmierci zapadł pięć dni przed wyborami”. 

Victor Cavendish-Bentinck napisał wtedy w raporcie do Londynu, że „montując ten proces władze warszawskie liczyły na odstraszenie obywateli od znajomości z obcymi dyplomatami i z kolei odstraszenie dyplomatów »od prób nawiązywania kontaktów, gdybyśmy takich chcieli, z organizacjami podziemnymi«”.

Wymuszona rezygnacja

Wyniki wyborów zmusiły Arthur Bliss Lane’a do zakończenia misji dyplomatycznej w Polsce. Pozostanie oznaczałoby, że akceptuje sfałszowane wybory. Dymisję w Departamencie Stanu złożył kilka dni po ogłoszeniu wyników wyborów. Amerykanie oświadczyli władzom w Warszawie, że ich nie uznają, Polaków nikt jednak o tym nie zamierzał informować.

Rozczarowany postawą swojego rządu, po powrocie do kraju wystąpił ze służby dyplomatycznej i zajął się pisaniem pamiętników (wydano je w Chicago w 1948 roku), by Zachód dowiedział się, co naprawdę dzieje się w Polsce okupowanej przez Sowiety. Choć, jak podkreślano nieraz w omówieniach książki, jego oceny były wyważone, oszczędzał czytelnikom niepotrzebnych emocji, nie rzucał nieudokumentowanych oskarżeń, nie epatował opisami brutalnych zbrodni, było to druzgocące świadectwo zakłamania epoki pojałtańskiej. Po ukazaniu się książki w 1948 roku opinia światowa nie mogła mieć wątpliwości: państwa Europy Środkowo-Wschodniej są atrapami demokracji i suwerenności, działają w ramach agenturalnego systemu stworzonego i nadzorowanego przez Sowiety. 

„Rok wcześniej”, przypomina Marek Klecel, „ukazały się wspomnienia Jana Ciechanowskiego. Z tych dwóch książek wynika wspólna konkluzja: to Roosevelt i Churchill wykreowali Stalina na takiego zwycięzcę, który nie tylko wygrał wojnę i zdobył połowę Europy, ale i mógł później zagrozić reszcie świata, tworząc nuklearne mocarstwo. Bez Roosevelta i Churchilla Stalin by tego nie osiągnął”.

Arthur Bliss Lane mógł liczyć na pełne zrozumienie ze strony Polonii amerykańskiej. Polacy w Stanach zawsze dobrze zdawali sobie sprawę z grozy sytuacji, jaką stwarza sowiecka okupacja. 

Po powrocie do USA Bliss Lane patronował antykomunistycznym organizacjom (m.in. Komitetowi do Wyjaśnienia Zbrodni Katyńskiej i Komitetowi Wolnej Europy, który czuwał nad pracą Radia Wolna Europa). Aż do śmierci w 1956 roku pisywał w amerykańskiej prasie o sytuacji w Polsce.

Duch Polski żyje!

„Rosjanie i hitlerowcy nie tylko doszli do porozumienia w przygotowywaniu zagłady państwa polskiego, ale stosowali także podobne metody dla zdławienia ducha niepodległości” – zanotował na kartach pamiętników ten jeden z nielicznych trzeźwo i precyzyjnie myślących ludzi swoich czasów. I dodawał: „Na szczęście ten duch żyje nadal i żyć będzie!”. 

Na czym opierał swoją pewność? Podkreślał narodową jednorodność Polaków, wspólną religię i język, a także „przeżyte cierpienia i ogromne poświęcenie dla własnej ojczyzny”.

„Po rozbiorach w XVIII wieku Polacy okazali się narodem, który najtrudniej ujarzmić. W czasie okupacji hitlerowskiej nigdy nie stracili ducha ani poczucia jedności. […] Tak długo, jak zachowają względną wolność praktyk religijnych, ich siła moralna pozostanie nienaruszona”. Ten prostolinijny i uczciwy człowiek brzydził się kłamstwem. Patrząc na wszystkie nieszczęścia Polski, dostrzegał jasną perspektywę dla przyszłej jej historii – dzięki wierze jej mieszkańców, którą podziwiał.

Zadanie prawdziwej elity

Zdaniem francuskiego pisarza ks. Henri Delassusa, elity w każdym kraju, nawet niszczonym przez zabory czy rewolucję, mają szansę się odrodzić za sprawą pięciu rzeczy: pamięci o przeszłości, strzeżenia wiary, stosowania zasad honoru, obrony prawdy, chrześcijańskiego miłosierdzia. Kto ma się składać na te faktyczne elity? Duchowieństwo niedotknięte wpływami modernizmu, rodziny świadome roli społecznej, wystarczająco silne, by obronić swoją tożsamość i własność, oraz patriotyczni przywódcy. Za siłą moralną takich prawdziwych elit idzie zawsze wielkość polityczna. Jak symboliczna w tej mierze okazuje się dziś decyzja Donalda Trumpa, by powołać odpowiednich ludzi do Sądu Najwyższego. Dzięki nim Stany Zjednoczone najprawdopodobniej zniosą proceder dostępnej dla każdego aborcji, odrodzą się moralnie i będą mogły przewodzić światu nie tylko w zakresie cywilizacyjnym – militarnym, naukowym i politycznym. 

Rzecz ciekawa, podobnie jak Arthur Bliss Lane widział nasz kraj i jego rolę na kontynencie francuski dramaturg i poeta Paul Claudel (1867–1955). W swoim „Dzienniku” zapisał, że przyzwolenie ze strony państw europejskich na zniesienie Polski z mapy kontynentu w XVIII wieku, ten „ohydny rozbiór narodu chrześcijańskiego”, jest „grzechem śmiertelnym Europy”. I musi on zostać odpokutowany. W przeciwnym razie Europa – a szerzej, Zachód – nie zazna pokoju ani pomyślności. Claudel był także zawodowym dyplomatą. W latach międzywojennych pełnił m.in. funkcję ambasadora Francji w USA. Nie był miłośnikiem Ameryki, lecz cenił jej ustrój i miał wśród Amerykanów wielu przyjaciół. Uważał, że „demokracja amerykańska weszła w świat prowadzona za rękę przez francuską arystokrację”.

Także Gilbert K. Chesterton uważał, że Polska jest w Europie „jedynym realnym wałem obronnym przeciw barbarzyństwu”. Wobec ludzi krytykujących i szkalujących Polskę przyjmował postawę aktywnego sprzeciwu. W postawie tych, którzy naśmiewali się z Polski, widział skutki zazdrości, sztuczne nadymanie swojej wielkości. W czasie wojny 1920 roku całym sercem poparł Polskę i mówił, że jeśliby Polska upadła, „wraz z nią runąłby szaniec pokoju całego świata”. W prasie brytyjskiej i amerykańskiej pojawiły się wtedy doniesienia o rzekomych pogromach Żydów w Polsce. Chesterton zareagował na to natychmiast, przeprowadzając wraz ze swoim bratem i z Hilairem Bellokiem własne dochodzenie, a następnie ogłaszając w prasie, że to wyssane z palca kłamstwa. 

Jeszcze niedawno odgrywali w naszym kraju kluczową rolę ludzie, których uważano za przedstawicieli inteligencji, a którzy głośno wykrzykiwali, że Polska narodziła się w 1945 roku, ewentualnie przy Okrągłym Stole. Upór Polski zdradzonej, lecz nie uległej doprowadził do tego, że pamięć o prawdziwych zasługach i prawdziwej wielkości naszego kraju została w świecie przywrócona. 

***
14 listopada 2019 roku ówczesny szef Gabinetu Prezydenta Krzysztof Szczerski wziął udział w uroczystości upamiętniającej misję dyplomatyczną Arthura Bliss Lane’a. Został on przez Andrzeja Dudę odznaczony pośmiertnie Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. Odznaczenie przekazano na ręce Georgette Mosbacher. Uroczystość zorganizowano w hotelu Polonia Palace, gdzie w latach 1945–1947 mieściła się rezydencja amerykańskiego ambasadora.

___________
Źródła: Arthur Bliss Lane „Widziałem Polskę zdradzoną”, Warszawa 2019; Marek Klecel „Misja niemożliwa ambasadora Arthura Bliss Lane’a”, Biuletyn IPN, 5/2020; Marek Łatyński „Nie paść na kolana. Szkice o opozycji lat czterdziestych”, Wrocław 2002.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze