Praktyka chaosu

Wprowadzanie chaosu w polityce jest niestety jednym z podstawowych narzędzi działania od czasu, gdy świadomie tę politykę się uprawia.

Obywatele rozliczają rządzących za to, czy mogą spokojnie żyć i uczciwie się dorabiać. Teoretycznie więc ci, którzy wprowadzają stabilizację, powinni być nagradzani, a ci, którzy sieją chaos – odrzucani. Dlaczego więc pojawiają się ludzie, którzy grają na maksymalne wywołanie zamętu? Bo w chaosie można przerzucić odpowiedzialność za jego wywołanie na dowolną stronę. Mało tego, ci, którzy doprowadzają do destabilizacji sceny politycznej, mają też przez to klucz do uspokojenia nastrojów: jak przejmą władzę, od razu awantura się ucisza. I tu pojawia się problem najbardziej zasadniczy: jeżeli wszyscy będą grać na taki sposób przejmowania władzy, państwo może tego nie przeżyć. Nurty myśli konserwatywnej opierały się na tym, żeby szukać pewnego kompromisu, z nawet niekoniecznie idealną władzą, by zmiany dokonywać bez wysadzania wszystkiego w powietrze. Od co najmniej wieku granicą cierpliwości jest tu możliwość przeprowadzania uczciwych wyborów. Po prostu póki ludzie mogą wybierać, nawet najgorsze decyzje wyborców można zmienić. W demokracji mieszczą się ostra debata, manifestacje uliczne czy nawet przesadzona krytyka. Nie ma w niej jednak miejsca na negowanie wyborów, chyba że ktoś je sfałszuje. 

Do tej pory w Polsce przekraczano bardzo wiele granic walki politycznej. Nikt jednak przez ostatnie trzydzieści lat nie negował potrzeby wolnych wyborów. W ostatnich miesiącach, po raz pierwszy od upadku komunizmu, pojawił się pomysł przesuwania wyborów, i to metodami niemającymi nic wspólnego z prawem czy demokracją. Dzieje się to ewidentnie wbrew woli większości społeczeństwa. Duża część opozycji chce zablokować wybory, z jednej strony bojąc się ich wyniku, a z drugiej licząc na maksymalny chaos polityczny. Pomysł jest prosty: bez daty wyborów prezydenckich uda się zdelegalizować większość instytucji...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: