Broń pancerna z Siemianowic

Bryczki, powozy czy kotły parowe – od tego swoją działalność rozpoczynała w II poł. XIX wieku Kuźnia Kotłów Kessekschmiede, która była poprzedniczką zakładów ROSOMAK S.A. Trudno sobie wyobrazić, że zanim fabryka na dobre zajęła się naprawą i produkcją sprzętu wojskowego, musiało upłynąć  ponad 70 lat.   

Na warsztatach wpoili nam przestrzeganie takiego porządku i fachowości, że czasem nam to bokiem wychodziło, ale w krew weszło – mówi Robert Harwath, który do zakładów trafił tuż po ukończeniu szkoły podstawowej. 

W czerwcu 1945 roku siemianowicka fabryka przeszła pod zwierzchnictwo Dowództwa Wojsk Pancernych i Zmotoryzowanych. Wkrótce rozpoczęły się na szeroką skalę remonty sprzętu, który dopiero co zakończył służbę na froncie wojny. Na początku lat 50. większość produkcji przeniesiono do Warszawy. Załoga nie przekraczała wówczas 200 osób. Na szczęście dla fabryki już w 1952 roku szef MON powołał w Siemianowicach Śląskich Wojskowe Zakłady Mechaniczne. Do zakładu masowo zaczęły napływać lekkie pojazdy tj. samochody pancerne BA-64 czy działa samobieżne SU-76. Niedługo potem pojawiły się czołgi: T-34-76, T-34-85, IS-2. Ze względu na bardzo dobre wyniki przedsiębiorstwo stało się jednym z najbardziej cenionych wojskowych zakładów. Nie zaniedbywano również pracowników. Specjalnie dla nich został powołany klub sportowy. Pojawiły się wycieczki organizowane przez firmę. – Wtedy w całej Polsce nic w sklepach nie było, a my, jako zakład wojskowy, mieliśmy nieźle zaopatrzony sklep mięsny – wspomina Ryszard Warwas pracujący w Wojskowych Zakładach Mechanicznych w czasie stanu wojennego. Na początku lat 80. rozpoczęła się współpraca z Indiami. Pracownicy siemianowickiej fabryki wyjeżdżali, by na miejscu dzielić się doświadczeniem z Hindusami. Dobra passa trwała do roku 1991, kiedy z taśmy produkcyjnej zjechał ostatni czołg. 
Dekadę później został zaprezentowany prototyp nowego kołowego transportera opancerzonego (KTO). Z kolei w ...
[pozostało do przeczytania 22% tekstu]
Dostęp do artykułów: