Zwodniczy kult celebrytów

Pojęcie „celebryty” (znaczy to samo, co „znakomitość”, ale zdecydowanie lepiej brzmi) jest dużo starsze od słowa robiącego ostatnio karierę w mediach. Od najdawniejszych czasów, niezależnie od postaci darzonych czcią i szacunkiem z racji urzędu – władcy, kapłani, wodzowie – istniały znakomitości otoczone podziwem z innych powodów. Na przykład wybitni sportowcy, zwycięzcy olimpiad mieli w starożytnej Grecji swoje pomniki. Podobnie w Rzymie bywali ubóstwiani poeci i aktorzy. Niektóre aktorki zostawały nawet cesarzowymi (vide cesarzowa Teodora, bezpruderyjna małżonka Justyniana). Prestiż nieproporcjonalny do wagi świadczonych usług miewały też w różnych epokach najwybitniejsze kurtyzany. Zaś dobry woźnica rydwanu z hipodromu przewyższał wpływami niejednego ministra. A i pozycje miał mocniejszą – minister mógł z kaprysu monarchy stracić stanowisko, a nawet życie, sprawnego aurigę chroniła miłość tłumu. Przynajmniej dopóki wygrywał! Inna sprawa, że dopiero wraz z pojawieniem się środków masowego przekazu kult wspomnianych jednostek miał szansę stać się naprawdę powszechny. Pisma ilustrowane, film, a na koniec telewizja oraz Internet otworzyły przed nimi przestrzenie w dawnych epokach niewyobrażalne. Jednocześnie forma stała się ważniejsza od treści. Dawniej, aby zostać ulubieńcem mediów, należało czymś się odznaczyć. Wizerunek Einsteina robił furorę dzięki rozwianej czuprynie, wąsom, fajce, niekiedy skrzypcom, ale wcześniej pan Albert jakby nie było wydumał teorię względności.
     
25%
pozostało do przeczytania: 75%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze