Pozdrowienia z Bangkoku

Od paru miesięcy miałem ochotę przywalić Piotrowi Zarembie z „Dziennika”, bo mnie chłop zdenerwował nieprzeciętnie. Wyjaśnię tylko, że teksty w takiej „Wyborczej” dawno mnie już denerwować przestały, bo jaki koń jest, każdy widzi. Natomiast kiedy Zaremba, którego cenię, zaczyna zapełniać papier znakomitym stylistycznie pustosłowiem (na zasadzie PiS świeczkę i Platformie ogarek), to mam ochotę zeżreć gazetę, od czego powstrzymuje mnie tylko świadomość, że całego nakładu nie przetrawię. I już chciałem zamiast tego ugryźć samego autora, kiedy to przeczytałem w internecie, że na korytarzu w radiu Zaremba pokłócił się z Gudzowatym i w odpowiedzi na nazwanie „baranem” powiedział do oligarchy „sp... aj”. No i nagle cała złość na Zarembę mi przeszła, bo owa odzywka, to najoczywistszy objaw, że czas świętych krów mija i IV Rzeczpospolita staje się ciałem.

Co do mnie, to nie miałbym nic przeciwko temu, żeby podobne pozdrawianie postkomunistycznych oligarchów stało się u nas powszechnym obyczajem. Wychodzi taki doktor Kulczyk, by otworzyć wystawę sztuki nowoczesnej w swoim Starym Browarze, a tu zgromadzeni przedstawiciele prasy, radia i telewizji pozdrawiają go chóralnym: „sp... aj”. Niby mała rzecz, a cieszy.

Rytuału tego nie dochowano podczas niedawnego otwarcia „Grażyna Kulczyk Collection”. W skład „Collection” wchodzą m.in. dzieła tej miary artystek, co Kozyra i Nieznalska. Znaczy nie tylko na sali nie ma spokoju, bo trzeba łazić i udawać zainteresowanie, ale jeszcze do kibla strach iść. Ciężkie jest życie miłośnika sztuki.

O Grażynie Kulczyk wspominam nie bez powodu, bo według Józefa Oleksego pani Grażyna to kolejna obok Jolanty Kwaśniewskiej uczestniczka liftingowych wycieczek do kliniki w Szwajcarii. Cóż, co kraj, to obyczaj. U innych przyszłe potęgi finansowe buduje się na leasingu, u nas – na liftingu.

Postanowiłem wreszcie przeczytać jakieś pismo dostosowane do obecnego etapu mojego rozwoju intelektualnego. Po głębokim...
[pozostało do przeczytania 42% tekstu]
Dostęp do artykułów: