Książki najważniejsze


Wyznam szczerze, jako nastolatek uwielbiający Dumasa z „Hrabią Monte Christo” i „Józefem Balsamo” na czele, niewiele czytałem literatury ambitnej. Mann mnie nudził, podobnie Dostojewski, jeśli już sięgałem po klasykę, to wolałem „Powiastki filozoficzne” Woltera, „Podróże Guliwera” czy świństewka Aretina. Wkurzali mnie bohaterowie Hemingwaya (zgadzam się tylko z jego opinią, że „Huckleberry Finn” Twaina to najlepsza powieść amerykańska) i dopiero odkrycie Steinbecka („Ulica nadbrzeżna”) oraz klimatów amerykańskiego południa z Caldwella i Faulknera sprawiło, że lubię powieść amerykańską do dziś.

Lektury szkolne czytałem, ale naprawdę musiałem dorosnąć i cokolwiek przeżyć, żeby należycie rozsmakować się w „Panu Tadeuszu”, „Lalce”, „Popiołach”. „Kwiaty polskie” Tuwima trafiły na moją nocną szafkę na stałe.

Z kolegą buszowaliśmy po wysypiskach śmieci i tam wygrzebałem, długo przed znanym serialem, „Karierę Nikodema Dyzmy”, którą do dziś uważam za najlepszą polską powieść międzywojnia.

Jako student skierowałem swe zainteresowania ku literaturze, dziś powiedzielibyśmy, „non fiction”, namiętnie czytywałem „Biografie Sławnych Ludzi”, „Życia codzienne”, kolejne tomy serii Ceramowskiej. W dużym stopniu mój stan świadomości kształcił się na pozycjach z serii „Plus Minus” wydawanych w latach 70. – Toffler, Fromm, Toynbee, Lorentz i Hoimar von Ditfurth. Od przeczytania „Na początku był wodór” rozpoczął się mój powrót do utraconej w latach szczenięcych Wiary.

Z czasem doceniłem urok czytania pamiętników, zarówno tych dawnych, jak i współczesnych, często wydawanych na emigracji lub w podziemiu – Tyrmand, Gombrowicz, „Piękni dwudziestoletni” Hłaski...

I były książki-olśnienia! – „Greka szukającego Greczynki” Dürrennmatta ukradłem z biblioteki domu wczasowego (naturalnie płacąc odszkodowanie). Usprawiedliwiało mnie, że wcześniej nikt poza mną jej nigdy nie wypożyczył.

Kiedy dorwałem „Żart” Kundery,...
[pozostało do przeczytania 52% tekstu]
Dostęp do artykułów: