Jaki straszny lud!

Nie jestem pewien, czy rzeczywiście dałoby się dziś podzielić polskie społeczeństwo na inteligencką elitę i prosty lud. Wydaje się, że pasuje to bardziej do czasów, w których Wyspiański pisał swoje genialne „Wesele”, aniżeli do pełnej paradoksów współczesności. Ale niezależnie od tego, czy się da, czy też nie, to ów podział funkcjonuje w sposobie naszego myślenia i mówienia o samych sobie i o sobie nawzajem. Można więc z tego wnosić, że wielki krakowski dramaturg dobrze odczytał polską samoświadomość, niezależną od światopoglądowych i politycznych rozbieżności. Na jej prawach profesor uniwersytetu o konserwatywnych przekonaniach może dziś utożsamiać się z ludem, zaś  emerytowany sierżant ludowego wojska z inteligencją. Na jej prawach w języku zaroiło się od określeń w rodzaju „lud smoleński” lub „łżeelita”. Na bliskim mi, a jakże ważnym poletku filmowym o instrumentalnej użyteczności powyższej opozycji dla stworzenia fundamentów ideologii władzy w III RP można się przekonać, gdy obejrzy się – tak jak ja w ramach moich obowiązków akademickich – wszystkie filmy fabularne zrealizowane w Polsce po 1989 roku, a dotykające tematyki czasów stalinowskich. Nie to żeby świadomość tej użyteczności była jakąś intelektualną rewelacją – kto żyje z otwartymi oczami, ten zawsze ją dostrzegał – ale skala zjawiska i żelazna konsekwencja, z jaką polscy filmowcy realizowali swoją „państwowotwórczą” misję, budzi nawet pewien rodzaj podziwu. W dobie niczym nieskrępowanej wolności
     
12%
pozostało do przeczytania: 88%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze