Celebrytany

Istnienie celebrytów jest stare jak ludzkość. Jedynie nazwa jest dużo młodsza. Od dawien dawna ludzie wybitni cieszyli się szacunkiem współczesnych i budzili powszechne zainteresowanie. Antyk obfitował w pomniki nie tylko wybitnych filozofów czy bohaterów, lecz także znakomitych sportowców. Jednak dopiero współczesna masowa kultura wyłoniła kategorie ludzi sławnych, dlatego że są sławni (wcześniej taki przywilej dotyczył tylko rodów panujących).

Oczywiście dość długo, aby stać się ikoną popkultury, trzeba było odnieść jakiś sukces – Einstein wybił się nie tylko dzięki swoim włosom i grze na skrzypcach, wielkość Salvadora Dali nie kończyła się na jego wąsach, a przed kultem wiecznie żywego Elvisa szła jego muzyka. Jednak dopiero telewizja dała szansę praktycznie każdemu, pod warunkiem, że kocha go kamera, a ludzie z jakiegoś powodu chcą go oglądać. Wybitny naukowiec czy pisarz jest nikim w porównaniu z prezenterką pogody czy aktorką z popularnego serialu. Pobyt w domu Wielkiego Brata daje uczestnikowi pozycję, jakiej nie zapewni sto napisanych książek czy tuzin skomponowanych symfonii. Gdybyż jednak na tym się kończyło. Celebryta rzadko ogranicza się do satysfakcji, jaką dają „odsłony” na YouTube. Częściej usiłuje przełożyć swoją popularność na inne obszary eksploatacyjne. Zaczyna bawić się w politykę (nieważne, że nie ma o niej pojęcia) oraz zabiera głos w debacie publicznej, chętnie przywdziewając kostium autorytetu moralnego. A wobec masowej widowni aktor, który zagrał na przykład Leonarda da Vinci, nie ma większego kłopotu, aby podszyć się pod jego geniusz, mimo że prywatnie nie rozróżni tabliczki mnożenia od tablicy Mendelejewa. Oczywiście owo pomieszanie ról niesie żałosne skutki, coraz trudniej przebić się na ekran rzeczywistym ekspertom – za to pospolici durnie nagminnie wypowiadają się w kwestiach polityki, a rozmaite amoralne typy kreują się na wzorzec moralności. Czy są granice śmieszności i absurdu, których nie można...
[pozostało do przeczytania 31% tekstu]
Dostęp do artykułów: