W prawo, zwrot

Jednym z wątków, które często chętnie podejmuję, jest związek kolejnych rewolucji informacyjnych z wielkimi zmianami w historii ludzkości. Jeśli antyk powstał jako kultura pisma, reformacja była dzieckiem druku, rewolucja francuska – prasy, totalitaryzmy dwudziestowieczne niemożliwe byłyby bez wynalazku mikrofonu, a ogłupiałe społeczeństwa dobrobytu bez telewizji, to niewiadomą pozostawało, jaki będzie efekt kolejnej fali postępu ludzkiego komunikowania, co narodzi się z internetu i pączkujących dzięki niemu mediów społecznościowych. Jedno już wiemy: dzięki nowym mediom procesy stały się trudne do kontrolowania, a stare struktury niezdolne do szybkiej reakcji.

Niezależnie, jak podejdziemy do tzw. arabskiej wiosny, była ona pierwsza jaskółką tego, co się stać może, gdy masy, zdobywając narzędzia komunikowania, wystąpią przeciwko elitom. Podobnie stało się z protestami przeciwko ACTA.
Również to, co wydarzyło się w Polsce, Wielkiej Brytanii czy USA w ciągu ostatnich dwóch lat, jest dowodem schyłku pewnej epoki. „Siły postępu” dysponowały prawie wszystkimi instrumentami władzy. Miały za sobą siłę służb, administracji, mediów, wspierały je wielkie korporacje i tzw. elity kulturalne. Ale przegrały. (U nas m.in. dzięki internetowym memom, których nie udało się ocenzurować!).
I sądzę, że dalej będą przegrywać, i to w skali nieporównanie wielkiej. Każde bowiem zwycięstwo zdrowego rozsądku nad czymś, co jest lewacką utopią skrytą pod terminem poprawności politycznej, ośmiela sterroryzowane dotąd społeczeństwa do kolejnych kroków. Okazuje się, że można zagłosować na „pisiorów”, poprzeć Brexit czy oddać głos na Trumpa. I wygrać! Siła „Jasnogrodu” okazuje się pozorna, oparta na blefie i zastraszeniu. Załóżmy więc, że nagle pozwoli się społeczeństwom zagłosować nad problemami wypartymi chwilowo z dyskursu społecznego. Wyobrażacie sobie wyniki referendów na temat kary śmierci, islamskiej imigracji czy adopcji dzieci przez pederastów? I to...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: