Czym jest... milczenie

Milczenie nie jest brakiem słów, nie jest słów zaprzeczeniem. Ono wiele ma twarzy. Może przybierać sens czegoś absolutnie niewyrażalnego albo tego, co tylko aktualnie nie jest wyartykułowane, niewypowiadalnego zatem bądź niewypowiedzianego. Może wypływać z niemożności nazwania czegoś, co wymyka się wszelkiej kategoryzacji, być skutkiem nadobfitości, pragnącej pozostać niewymowną aż do końca, ale może też wynikać z rozpaczy, z bólu samotności, z bezradności,  ze współcierpienia.  

W milczenie, zarówno zewnętrzne, jak i wewnętrzne, możemy w pełni wejść wtedy tylko, gdy jesteśmy wolni. By cisza wywierała na nas dobroczynny wpływ, musi być przyjęta dobrowolnie. Milczenie, do którego zostaliśmy zmuszeni, naznaczone jest przemocą, a ta rodzi wewnętrzny bunt.  Rani. Podobnie jak milczenie karzące, w którym niewypowiedziane słowa wiszą w powietrzu, gęstnieją, słyszalne jest jednak tylko „nie odzywam się do ciebie”. Takie milczenie staje się swoim przeciwieństwem.
Ojcowie pustyni, „mistrzowie milczenia”, wyróżniali trzy jego funkcje i z nich korzystali. Po pierwsze, jako środka do unikania grzechu; było ono dla nich obroną pierwszorzędnej wagi, która pozwalała zachować duszę w pokoju, zdobyć pokorę, nie osądzać bliźniego. Po drugie, jako świadectwa; siła milczenia wyrażała według nich siłę wiary, sprawiając, że słowa okazywały się zbyteczne – ojcowie „mówili” czynami. Po trzecie, jako mocy milczenia wobec Słowa Bożego, pojawiającego się na skutek wielkiego szacunku do Pisma Świętego.
Istnieje w nas ogromna potrzeba mówienia. To zrozumiałe, jesteśmy wszak – z natury – istotami mówiącymi, istotami dialogicznymi, spełniającymi się we wzajemności bycia z drugą osobą, której podstawowym wymiarem jest rozmowa. Istnieje w nas jednak także ogromna potrzeba milczenia, często  zaniedbywana, przysypywana rozlicznymi zajęciami, wszechobecnym hałasem. Żyjemy coraz szybciej i głośniej. A milczeć musimy, by usłyszeć własne myśli, drugiego człowieka...
[pozostało do przeczytania 41% tekstu]
Dostęp do artykułów: