Rokosz

Gdyby to, co zdarzyło się w połowie grudnia w Warszawie, uznać za pucz, byłby to najśmieszniejszy pucz w historii (nie bez powodu lud nazwał go „ciamajdanem”). Tyle że to raczej nie był pucz. Wszystkie bowiem, również te nieudane, opierają się od starożytności na sile militarnej. Najlepszym przykładem Ameryka Łacińska, gdzie wojsko zmiatało kolejne reżimy, przejmowało władzę, z czasem zakładało cywilne garnitury i było obalane przez kolejną juntę. Ale u nas armia trzyma się z dala od polityki, a pułkownik Mazguła, z ubekami-emerytami, może się najwyżej pobawić ołowianymi żołnierzykami. Wewnętrzno-zewnętrzna zadyma na Wiejskiej nie była też ludową rewoltą. Ludu przyszła garstka, a marzenia o poderwaniu milionów roiły się co najwyżej w umysłach Kijowskiego lub Wałęsy. A przewrót gabinetowy w stylu nocnej zmiany z 1992 r., która obaliła rząd Olszewskiego? Ba, ale wtedy spiskowcy dysponowali wsparciem Wałęsy (i Wachowskiego), istniał kandydat na premiera (Pawlak) i powstała antylustracyjna koalicja strachu, dysponująca większością głosów. A teraz? Czyżby jakiś geniusz wymyślił sobie, że skusi Kukiza premierostwem i wyrwie kilku niezdecydowanych z PiS-u…? No, to kiepsko kombinował. Najbardziej adekwatne wydaje mi się użycie węgierskiego słowa „rokosz”, które przed wiekami oznaczało bunt szlachty przeciwko elekcyjnemu monarsze, choć podobne tumulty zdarzały się wcześniej, jak skierowana przeciw Zygmuntowi Staremu wojna kokosza (1537 r.). Wprawdzie żaden rokosz (
     
40%
pozostało do przeczytania: 60%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.panstwo.net

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@swsmedia.pl

W tym numerze