Wolność i demokracja

Najbardziej zagorzali obrońcy demokracji zapominają zazwyczaj o najistotniejszej kwestii. Demokracja nie jest celem, a jedynie środkiem, procedurą, która służy realizacji celów stosującego ją społeczeństwa.

I Rzeczpospolita była najbardziej demokratycznym państwem ówczesnej Europy, z najbardziej demokratyczną zasadą, jaką można wymyślić – liberum veto. Przez pewien czas, gdy funkcjonowała w warunkach równowagi sił – monarchii–magnaterii–mas szlacheckich – służyła interesowi kraju, później, gdy stała się narzędziem jednej grupy i zabawką obcych mocarstw, broniona jak źrenica oka doprowadziła nas do zguby. Targowiczanie, a przynajmniej bardziej naiwni spośród nich wierzyli, że bronią demokracji i zniszczyli własne państwo.
Podobnie zresztą bywa z innym wielkim ludzkim wynalazkiem – prawem. Gdy jego litera zaczyna kłócić się z poczuciem sprawiedliwości, samo prawo przestaje spełniać swoją rolę. Znamy z wielu filmów (choćby słynnego „Wahadła”) sytuację, że sąd uwalnia mordercę, któremu aresztujący go gliniarz zapomniał odczytać jego praw, albo że nie można skazać seryjnego zabójcy, ponieważ dowody przeciwko jego procederowi zdobyto wskutek nielegalnego przeszukania...
Są sytuacje, kiedy obrona demokracji służy interesom wspólnoty, ale nie zawsze.
Komitet Obrony Robotników to chlubny przypadek, kiedy grupa ludzi upomniała się o podstawowe prawa człowieka: o wolność, godność, sprawiedliwość. Chyba najmniej o demokrację. Bo PRL uważało się za państwo demokratyczne. I formalnie nim było – odbywały się w nim wybory, sądy działały według kodeksów, a istnienia cenzury ogół społeczeństwa nie bardzo sobie uświadamiał.
Nie oznacza to, że w późniejszych czasach ruchy obywatelskie przestały mieć znaczenie. Owszem, bywały destrukcyjne, czasem absurdalne, służyły sprawom grupowym lub celom urojonym, szkodząc szerszym interesom – jak chłopi, broniąc swoich spraw, blokowali drogę krajową, czy ekolodzy w obronie pędraka czy ropuchy...
[pozostało do przeczytania 50% tekstu]
Dostęp do artykułów: