Służby nie drużby

Istotą każdej władzy, od pradziejów po czasy najnowsze, jest kontrola nad informacją. Ani demokratyczne procedury, ani armia, ani siły porządkowe nie są w stanie zapewnić centrum decyzyjnemu takiej przewagi nad swymi poddanymi, jaką daje sieć informatorów, agentów czy tajnych współpracowników.

Wojny, zanim jeszcze wybuchną, są dużo wcześniej poprzedzane mniej lub bardziej subtelną grą wywiadów, a zaskakujący wybuch rewolty dowodzi, że albo służby zaspały, albo przedobrzyły.
Skądinąd słuszne protesty lub gniew ludu są często inspirowane przez tych, przeciwko którym są kierowane, już to dla spuszczenia pary, już wymiany ekipy na inną, choć praktycznie taką samą. Można powiedzieć, że rosyjska rewolucja powstała dzięki koprodukcji rodzimych prowokatorów Ochrany (od Azefa po Stalina) wspartej przez wojskowy wywiad niemiecki, który zaplombowanym wagonem dostarczył Lenina do Piotrogrodu. Inna sprawa, że każdej prowokacji towarzyszy spory element ryzyka, że sprawy wymkną się spod kontroli i potoczą w nieprzewidywalnym kierunku.
W społeczeństwach, delikatnie mówiąc – niedemokratycznych – tajne służby odgrywają jeszcze jedną całkiem pożyteczną rolę: jako jedyne mają realną wiedzę o sytuacji. Urzędnicy i dworacy mają zwyczaj upiększania rzeczywistości i tak jedna świnia ze sprawozdania kołchozowego zamienia się na najwyższym szczeblu w miliony. Organy jednak wiedzą, ile tych świń jest, tylko czasem boją się poinformować o tym swego zwierzchnika.
Skądinąd tenże zwierzchnik boi się również podległych mu służb, świadom, że tak naprawdę większości przewrotów dokonywali pretorianie, gwardia lub pałacowi zausznicy. Stąd troska, żeby żadna tajna służba nie posiadła pełni wiedzy, i liczne podziały na wywiad i kontrwywiad, cywilów i wojskówkę, KGB i GRU, CIA, NBA, FBA i DEA. Przy czym niezależnie od przydzielonych zadań każda ze wspomnianych instytucji prowadzi własną politykę, grając przeciw pozostałym. Nieraz tak skutecznie, że zdarza...
[pozostało do przeczytania 47% tekstu]
Dostęp do artykułów: