Ideologia bez środka

Jeżeli politykowi jest dobrze w różnych partiach, to bardzo źle świadczy o jego kręgosłupie.

Skąd więc przekonanie o wielkiej wartości tego typu ludzi i ich przewadze intelektualnej albo wręcz moralnej?

Ważnym celem niemal każdej kampanii wyborczej jest przechwycenie elektoratu uważanego za niezdecydowany. Wydaje się to oczywiste: nasi na nas zagłosują, a pozyskać można ludzi o podobnych poglądach, ale trochę się od nas różniących. Dla partii prawicowych na ogół ci wahający się znajdują się trochę bardziej na lewo, dla lewicowych – na prawo. Przez to można odnieść wrażenie, że wszyscy walczą o ten sam elektorat środka. Jest on hołubiony i traktowany jak najcenniejszy skarb.
Sprawa komplikuje się wówczas, gdy na scenie politycznej istnieją trzy silne formacje (jak u nas). Prawica walczy o środek pomiędzy centrum i prawicą, a lewica o środek pomiędzy centrum i lewicą. Jedni i drudzy z mitycznego środka bardzo różnią się poglądami. Jaką siłę ma wtedy każdy środek? To oczywiście kwestia zależna. Przy podziale dwubiegunowym, np. 30 na 30 proc. poparcia, w środku może znaleźć się maksymalnie 10–15 proc. Reszta jest zagospodarowana przez małe partie. Przy trzybiegunowym „dwa środki” matematycznie mogą liczyć 5–8 proc., lecz faktycznie – z racji tego, że są kanibalizowane w większym stopniu przez małe ugrupowania – mogą liczyć najwyżej na 3–5 proc. poparcia. Tyle maksymalnie osiągała w sondażach partia środka Jarosława Gowina. Czy więc warto walczyć o tak niewielki elektorat, ryzykując kłopoty we własnej partii?

Odpowiedź wcale nie jest prosta. Efekt synergii to nie tylko pozyskanie elektoratu innej partii, lecz także bardzo często premia za jedność. Na razie tej premii nie widać: może się jednak przełożyć na większą aktywność przy samych wyborach. Ludzie chętniej idą głosować, gdy nie widzą podziałów. Politycy więc często muszą iść na takie kompromisy.

Te rozważania są jednak istotniejsze dla strategów...
[pozostało do przeczytania 46% tekstu]
Dostęp do artykułów: