Z kraju milczenia...

Miejmy odwagę to powiedzieć: właśnie w ostatnich latach, gdy w opinii „ludzi kulturalnych” brylowała „sztuka krytyczna”, a granty humanistyczne rozdrapywali przedstawiciele gender studies – polscy inteligenci (we właściwym znaczeniu tego słowa) odczuli wielki zmierzch. Naszego kanonu. Naszej tożsamości. Co by było, gdyby nie odezwały się głosy po zmierzchu...

Od razu kwituję pożyczkę. Tytuł tego szkicu pochodzi z twórczości Wojciecha Żukrowskiego, tej najwcześniejszej, gdy autor „Lotnej” (tak, ta nowela pod nagłówkiem bardziej dziś znanym niż cała książka należy właśnie do tomu „Z kraju milczenia”) – gdy pisał on „sarmacko i szkaplerznie”, gdy ramię w ramię z młodym Karolem Wojtyłą rozbijał kamienie na Solvayu, studiował filologię polską na tajnym uniwersytecie i budował literackie, żołnierskie i cywilne świadectwo lat wojennych i okupacyjnych. Debiut książkowy z roku 1946. Początek drogi pisarza, przy tym dziwnego (w ostatecznym rozrachunku) człowieka o powikłanej biografii. Wśród książek o czasach wojny, zbrodni, zarazy, fanatyzmu, nihilizmu dzieło niepoślednie, niepospolite.

Czekanie na barbarzyńców
Będę tutaj pisał o tym, co dziś, jutro i zaledwie wczoraj. Nie zamierzam szukać łatwych i demagogicznych analogii. Jeśli sięgam po mocną metaforę – choć nie tak mocną, jak „Dżuma” czy „Dziennik roku zarazy” – to czynię tak w przekonaniu, że niewiele już brakuje, abyśmy weszli na drogę, która prowadzi w kierunku nowej hańby domowej.
Byłoby taką hańbą dokonanie barbarzyńskich spustoszeń w naszej kulturze, przez długie wieki rosnącej ku Śródziemnomorzu i Zachodowi, przerwanie międzypokoleniowego przekazu wartości, wytrzebienie resztek etyki inteligenckiej, zniszczenie i upodlenie ludzi o wyższych standardach duchowych. Ale ubytek, ruina to jeszcze nie apokaliptyczne nieszczęście, jeśli da się odbudować zgliszcza, rekultywować ziemię jałową. Rzecz w tym, że to, co ma nadejść i zapanować, żadnej...
[pozostało do przeczytania 86% tekstu]
Dostęp do artykułów: