Wspomnienia, Opowiadania

Marek Nowakowski
Ciemność. Ulica pusta. Tylko oni dwaj. Poszli dalej. Dalej była knajpa pod arkadami. Nocna, z dancingiem. Zachęcała rzęsistym oświetleniem, głośną muzyką. Taneczne szlagiery, zawodzenie saksofonu, bęben. Zatrzymali się i zaraz weszli. Chlać pragną, dziwki macać, ani im w głowie koniec zabawy. M. zachichotał cienko. Śmiech miał piskliwy, kobiecy. Perliście wznosił się w wysokie tony. Popatrzył na nas. My wpatrzeni w niego. Karni żołnierze, posłuszni woli dowódcy; ruszyliśmy do tancbudy. Oni już w szatni. Ściągali ciężkie szuby, podszyte futrem. Szatniarz, zła, kwadratowa morda, uśmiechał się do nich przymilnie. Przyjął okrycia poza kolejką. Lepsi goście. Dla nas jelenie. Taki szatniarz ma wyczucie. Jeden wybrał sobie camele ze skrzyneczki, którą szatniarz wysunął spod lady. Drogie...

Pages